środa, 30 kwietnia 2008

opowieść warszawska

No tak, znowu dawno nie pisałam... ale to dlatego, że ostatnio jakoś dużo się dzieje, nie mam czasu, że już nie wspomnę o moim roztrzepaniu...
Pomyślałam sobie, że mimo iż działo się to już jakiś czas temu, to jednak opiszę swój pobyt w stolicy...   Uwaga zaczynam:

29 marca o 23:15 odjechał do Warszawy PKS ze mną w środku... nie tylko ze mną oczywiście, był jeszcze kierowca i inni pasażerowie ;)
Z zaledwie dwudziestominutowym opóźnieniem dojechał na miejsce. Z dworca odebrał mnie wujek i zawiózł do swojego miejsca zamieszkania, w którym to przebywała wujka małżonka tj. moja ciocia. Przesiedziałam w gościnie u wujostwa do 17 z minutami i wujcio powiózł mnie w kierunku Pałacu Kultury, gdzie miał czekać na mnie busik. Odjazd miał być o 18. Korki były okropne, zaczęły się telefony, a dzwoniący pytali gdzie się podziewam. Zajechałam trochę spóźniona, ale na szczęście nie byłam ostatnia, co mnie trochę pocieszyło.  Udało nam się jakoś przebrnąć przez korki i zajechaliśmy do miedzeszyńskiego hotelu, gdzie wszamaliśmy pyszniastą kolację.
Poszłyśmy z dziewczynami zagrać w bilard. Z całą pewnością nie ma więcej takich fachowców do gry w bilard, jak nasza piątka ;) Mogłybyśmy wystąpić w kabarecie... ma się ten talent ;)
Spać poszłyśmy dość późno, a rano (bardzo, bardzo rano) trzeba było wstać. Potem śniadanko, wykłady, przerwa, wykłady, obiad, wykłady, przerwa, wykłady, kolacja, kolejna porcja gry w bilard, spanie, pobudka - znów o koszmarnej godzinie, śniadanie, wykłady, przerwa, wykłady... i tu miał nastąpić wyjazd 4 z nas, ale nastąpiły pewne komplikacje.. Ogólnie reszta uczestników warsztatów zostawała na obiedzie, a my miałyśmy się urwać wcześniej, z racji ustalonego na godzinę 14:00 Zebrania Założycielskiego naszego Stowarzyszenia. Miał po nas przyjechać brat Agnieszki, ale zapomniał o zmianie czasu... ;) Wobec tego ja z Kasią cofnęłyśmy sie na stołówkę, aby napełnić nasze brzuszki małym co nieco. Zjadłyśmy i okazało się, że jeden z uczestników też odjeżdża nieco wcześniej i powiedział, że może nas zabrać. Wobec tego ja, Kasia i Monika zapakowałyśmy się do jego auta, a Agnieszka czekała na brata. Jedziemy, jedziemy, aż w pewnym momencie kierowca pyta jakie jest światło, popatrzyłyśmy i stwierdziłyśmy, że światła nie ma... wysiadła sygnalizacja świetlna. Nastąpiło zamieszanie, pojechaliśmy inną drogą i w efekcie zajechaliśmy później niż Agnieszka... heh jak to mówią ostatni będą pierwszymi ;)
Zebranie odbyło się zgodnie z przepisami i planem i pozostaje nam czekać na decyzję sądu.
Po zebraniu zostaliśmy jeszcze na pogaduszki. Gadaliśmy i śmieliśmy się tak gdzieś do 18. Zadzwoniłam do kuzynki z pytaniem czy może po mnie przyjechać. Okazało sie, że może, jednak  był akurat jakiś koncert, w związku z czym znów były korki i przyszło mi trochę poczekać... i stałam tak sobie sama w wielkim mieście ;) Zjawiła się kuzynka w towarzystwie wujka i powieźli mnie do siebie. Tam oczywiście czekała ciocia, która jak mnie zobaczyła  to stwierdziła, że chyba jestem bardzo zmęczona i spytała czy aby na pewno muszę dziś jechać. Ja no to spytałam, czy aż tak źle wyglądam, na co ciocia, że nie najlepiej :P No fakt wrażeń było dużo ( może niekoniecznie da się to wyczytać z tej notki, ale wierzcie mi na słowo ;D), jedna noc w autobusie, dwie jakoś wyjątkowo krótkie, ale mimo to upierałam się żeby jechać. Jednak po którymś z kolei stwierdzeniu cioci, że widać iż jestem zmęczona... uległam. Chyba się ciocia obawiała, że swoim wyglądem odstraszę współpasażerów podróży ;P
Przespałam noc w wygodnym łóżeczku, ale mimo to nie do końca się wyspałam, szczerze mówiąc mam wątpliwości czy to kiedykolwiek nastąpi. Przesiedziałam u rodzinki do wieczora... o 21:50 odjeżdżał PKS, a ja o 21:40 siedziałam jeszcze w aucie wujka i zerkałam nerwowo na zegarek. W końcu wyraziłam głośno swoją obawę, że nie zdążymy. Wtedy w trakcie rozmowy okazało się, że wujek myślał, iż autobus odjeżdża 5 min. później i... dodał gazu ;) Podjechaliśmy pod dworzec, kuzynka pobiegła do kierowcy powiedzieć, że jest jeszcze jedna osoba. Kiedy kierowca mnie zobaczył stwierdził: "o idzie nasza pasażerka, poznaję, bo przywoziłem do Warszawy" :) Wujek pakował mój bagaż, a ja w tym czasie podeszłam do drugiego kierowcy kupić bilet i wtedy... ja, spóźniona, nie lubiąca na siebie zwracać uwagi ... rozsypałam wszystkie drobne jakie miałam w portfelu... :P zdolna jestem niesłychanie :] Do Szczecina zajechaliśmy... przed czasem, o 6:10.

W domu opowiedziałam pierwsze wrażenia, poszłam spać i tkwiłam tak sobie w krainie marzeń sennych do 16. Na zakończenie wspomnę jeszcze, że się nie wyspałam.
To tyle o moich warszawskich przygodach. 

W następnej notce zamierzam umieścić zabawne wypowiedzi domowników, o ile uda mi się znaleźć karteluszki, na których je pozapisywałam :P

Z pozdrowieniami dla Czytelników, którzy wytrwali do końca. Pa

sobota, 22 marca 2008

życzenia

 

Zdrowych, Pogodnych Świąt Wielkanocnych, pełnych wiary, nadziei i miłości. Radosnego, wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w gronie rodziny i wśród przyjaciół oraz wesołego "Alleluja" wszystkim Czytelnikom
życzy: ciocia Ela

poniedziałek, 10 marca 2008

po raz kolejny o tym i owym

Pisałam dzisiaj list do koleżanki i w notesie znalazłam, spisany przeze mnie dialog z Weroniką i jego okoliczności:

Pisałam list, a Weronika powiedziała, że ze mą posiedzi, bo lubi patrzeć jak ja piszę. Cały czas do mnie coś mówiła, rozpraszając mnie, rzekłam więc:
Ja: Musisz do mnie mówić?
Werka: Tak, śpiewać przecież nie będę.
 Bez komentarza :] :] :]  

***

Przez parę dni byłam u mojej siostry. Obejrzałyśmy film z naszym ulubionym aktorem Johnnym Deepem "Blow". Oglądałam ten film już wcześniej, więc już sporo przed końcem, miałam załzawione oczy. Na koniec obie szlochałyśmy <chlip> zawzięcie, rozmazując sobie makijaż :D W tym czasie przyszedł Andrzej i spytał: "Umarł ktoś"? No cóż nie nasza wina, że jesteśmy tak bardzo wrażliwe. Przyznaję, że film ten wywarł na mnie ogromne wrażenie. 

*** 

Dostałam (po raz trzeci) propozycje uczestniczenia w warsztatach, dla liderów organizacji skupiających osoby chore reumatycznie. Niestety tym razem przyjdzie mi ponieść pewnie koszty. Poza tym w moim przypadku będzie nieco inaczej, niż przy poprzednich warsztatach i mam w związku z tym pewne obawy, ale doszłyśmy z koleżanką do wniosku, że jakoś to będzie ;)

Z sądu dostałyśmy odmowną odpowiedź w sprawie rejestracji Stowarzyszenia. W statucie ujęte było, że zebrania Zarządu będą odbywać się za pośrednictwem internetu i uznano to za niezgodne z prawem. Szkoda, że nie wzięto pod uwagę faktu, że Stowarzyszenie zakładają osoby niepełnosprawne i będzie to dla nich wielkim utrudnieniem... :(

Przy okazji warsztatów zorganizujemy kolejne Zebranie Założycielskie ze zmianami w statucie. Przyjdzie nam częściej odwiedzać stolicę ;) 

***

 Uff, wreszcie udało mi się napisać nową notkę ;)

środa, 6 lutego 2008

nowina

Ze szpitala wyszłam wczoraj. Trochę szkoda, bo miałam ochotę porehabilitować się jeszcze trochę, no ale mówi się trudno. Teraz próbuję ćwiczyć sama w domu, z tym że tutaj dopada mnie lenistwo i trudniej mi to przychodzi ;)  

Mniejsza z tym, teraz napiszę coś, co miało miejsce jeszcze przed moim pójściem do szpitala.

20 stycznia, z okazji Dnia Babci zjawił się u nas Konrad. Przyjechał prosto po pracy, a zaraz po nim dołączyła też Kasia. Siedzimy tak sobie przy cieście i w pewnym momencie Kasia mówi:
Kasia: No mów co masz do powiedzenia.
Konrad: Wszystkiego najlepszego z okazji dnia babci i dziadka!
Babica Ela:  He He dziękuję.
Konrad: Wszystkiego najlepszego z okazji dnia prababci i pradziadka.
Babcia Ela:He He…………………. Co?!?!
:D :D :D
I tak oto zostało nam obwieszczone, że nasza rodzinka się powiększy.
Dodam jeszcze, że dziadek Zenek na zasłyszaną wieść zaniemówił. ;)

sobota, 26 stycznia 2008

przepustka

Aktualnie przebywam na przepustce szpitalnej. 

Jutro wieczorkiem trzeba będzie wrócić na oddział rehabilitacyjny, gdzie wyginam swoje stawy ;)
Towarzystwo na oddziale w porządku. Udało mi się i na sali leżę z wesołą rówieśniczką ;)
Nie chciało się dbać o zdrówko wcześniej i teraz po ćwiczeniach w szpitalu jestem nieco obolała :( Pociesza mnie fakt, że widać pierwsze efekty... :D
No dobra to tyle. Nie mam siły więcej pisać.
Postaram się aby następna notka była weselsza.
Pozdrowienia dla Czytelników.

poniedziałek, 14 stycznia 2008

Znów o Werce, ale nie tylko ;)

Mikołaj nie przyniósł mi upragnionej pastylki, która pomogłaby mi się lepiej organizować, być bardziej systematyczną i poukładaną, w związku z tym, w nowym roku, notki  na blogu dalej będą się ukazywać jak dotychczas tj. bardzo nieregularnie ;)

Od długiego czasu, zamierzałam napisać, układałam w myślach co też tu "naprodukuje" i za każdym razem koncepcja była inna.  A teraz postanowiłam nic nie układać, po prostu napiszę to co mi przyjdzie na myśl.

Zacznę od Werki. Mała dostała od Mikołaja pod choinkę upragnioną Arielkę, z dołączonym do kompletu krabem (rakiem). Mówi do mnie:
- Ciocia pobawisz się ze mną? ja będę Arielką, a Ty krabem. :D :D :D
Hmmm cóż za kusząca propozycja, nieprawdaż?
 
Przed świętami do Szczecina zajechała coca-cola, ze swoimi ciężarówkami. Były organizowane konkursy, ale Weronika z racji swej wstydliwości nie chciała brać w nich udziału. Szwagier powiedział do Kingi, żeby ona wzięła udział, no i poszła ;) Zadanie konkursowe polegało na ułożeniu jak najwyższej wieży z prezentów. Były na to 2 minuty. Kinga rzuciła się do układania, jakby.... hmmm do czego to przyrównać... no szybko się rzuciła ;) Rozśmieszyła mnie tym totalnie. Nie tylko mnie zresztą, wszyscy się śmieli, ja niestety najgłośniej, ale czy to moja wina, ze kiedy coś mnie szczerze rozśmieszy to nie panuję nad śmiechem??

Zauważyłyśmy z Kingą, że obie mamy dość specyficzne poczucie humoru, które nie każdy rozumie :/ Zdarza się, ze śmiejemy się tylko my, a inni patrzą na nas dziwnie :]

Jeszcze przypomniało mi się, jak to kiedyś, stało w kuchni ciasto upieczone na jakąś okazję, na dzień następny. Werka zobaczyła i mówi:
W: Co to za ciasto? Mogę zjeść?
A: Nie, to ciasto jest na jutro.
W: A nie można tego przełożyć na dzisiaj???
:D :D :D Właśnie po co czekać? ;)

Reszta następnym razem, może uda mi się napisać trochę szybciej.

poniedziałek, 31 grudnia 2007

życzenia

Drodzy Czytelnicy moje bloga, przepraszam za dłuugi brak notki, w przyszłym roku postaram się poprawić ;)

Wszystkim Czytelnikom życzę:
Aby w Nowym 2008 Roku spełniały się Wasze marzenia i plany,
Aby zdrówko i humor dopisywał każdego dnia,
Aby zawsze świeciło Wam słońce, a uśmiech nie znikał z Waszych twarzy,
krótko mówiąc wszystkiego naj, naj, najlepszego!!
Udanej zabawy sylwestrowej!!! <toast>
Pozdrawiam Was ciepło
c.Ela

 

środa, 5 grudnia 2007

zebranie, zawody, dialog i marzenia :)

Pobyt w Warszawie był krótki, ale intensywny jak dla mnie.

W drogę wyruszyłam w sobotę o 23:15, a na miejscu byłam o 8:30 rano (PUNKTUALNIE!) :D Na dworzec przyjechała po mnie Agnieszka i zawiozła do swojego mieszkanka, gdzie czekała na nas wspólna koleżanka Monika. Przed 12 pojechałyśmy na Zebranie Założycielskie naszego Stowarzyszenia.

Na takim zebraniu musi być co najmniej 15 osób i zaczęliśmy się obawiać, że z naszych planów nic nie wyjdzie, ale na szczęście zjawiła się odpowiednia liczba osób. Wszystko odbyło się zgodnie z przepisami :D

Papiery do Sądu są już zaniesione i teraz pozostaje nam tylko czekać. 

Po zebraniu nastąpiła część towarzyska. Ploteczki przy słodkościach i herbatce.
Powrót do mieszkanka ok. 16. Wieczorkiem Agnieszka wypełniała jeszcze papierki, ja przepisywałam protokół z zebrania na komputerze i spać poszłyśmy o północy. Jednak wcześniej okazało się, że Aga musi jechać rano do Instytutu Reumatologii. Powiedziałam, że chętnie z nią pojadę, bo w tym czasie przebywała tam moja (w zasadzie to nasza) koleżanka, którą poznałam daaawno temu i nie widziałam jej już ładnych parę lat. Tak więc chcąc spotkać się z Asią musiałam wstać o 6:00 :/ Jednak warto było :D
Potem powrót do domku Agnieszki, wizyta u rodziny i powrót do Szczecina. Zajechałam o 6:25. W domku zrelacjonowałam co się działo i poszłam spać :O Pogrążona we śnie byłam do 15, a i tak się nie wyspałam, no cóż dwie noce spędzone w autobusie robią swoje.
***
A teraz doniesienia o Kindze, mojej siostrzenicy, dawnej współautorce bloga ;)
Kinga uczęszcza na zajęcia do szkoły tanecznej SHOCK DANCE. W minioną sobotę była w Białogardzie na zawodach i razem ze swoją grupą zdobyła I miejsce :D <brawo>
 
 ***
Jakieś dwa dni temu Weronika robiła mi docinki, wiec ja na to:

J: Byłaś dziś dla mnie niegrzeczna. Nie będę się jutro z tobą bawić.
W: Dobra, dobra :D (hmmm no cóż, wie, że zawsze jej ulegam).
J: No tak zobaczysz. Przecież wiesz, że ćwiczę konsekwencję.
W: He, he wiem, ale dopiero zaczynasz.

Na taki tekst wybuchnęłam śmiechem, ale też postanowiłam udowodnić (i jej i sobie), że jednak potrafię być konsekwentna.
I udało się! Chociaż Weronika próbowała na różne sposoby namówić mnie do zabawy, używała swoich sztuczek i uroku to jednak nie uległam. :D :D
***
Jutro mikołajki, chętnie poprosiłabym Mikołaja, żeby przyniósł mi jakąś pastylkę, która pomogłaby mi, być bardziej zorganizowaną, systematyczną i poukładaną. Ech pomarzyć można :D

piątek, 23 listopada 2007

gdzie mój talent???

Wiecie co się stało? Weronika zabrała mi… hmmm…w skrócie nazwijmy to talentem ;)

Chciałam koleżance sprezentować obrazek. Najpierw długo zastanawiam się co narysować, myślałam o jakichś kwiatkach albo zwierzątkach i w końcu zdecydowałam się na sarenkę na leśnej polance. Próbowałam parę razy,ale ciągle wychodziła mi jakaś koślawa. Uznałam, że sarenka to głupi pomysł ;) i wymyśliłam królika. Królik też wychodził mi jakiś nieproporcjonalny i wtedy przypomniało mi się, że Weronika dwa dni wcześniej narysowała prześliczne papugi. Nie byłam świadkiem jak je tworzyła i po obejrzeniu ich byłam przekonana, że narysował je ktoś inny, a nie ośmioletnie dziecko. Wtedy uznałam, że zabrała mi mój talent ;) Mówię do niej:
- Weronika zabrałaś mi moje umiejętności rysowania, mój talent.Oddaj mi go.
- Nie oddam – powiedziała Weronika śmiejąc się.
- Oddaj,  jest mi potrzebny.
- Niee.
- No oddaj, muszę narysować obrazek dla koleżanki.
- Nie.
-Werka oddaj mi proszę ;)
- No dobra, schowam Ci tu do pudelka, tylko uważaj, żeby Ci nie uciekł.
Usiadłam do rysowania i szło mi już trochę lepiej, ale jeszcze nie zupełnie.
Mówię do Werki:
- Eee chyba nie oddałaś mi całego.
- Oddałam, tylko on zacznie działać dopiero po godzinie.
Chyba miała rację, bo po jakimś czasie udało mi się dokończyć rysunek. Z tym, że nie sarenkę, nie królika, tylko kotka z pieskiem.

Przy okazji pakowania owego rysunku w ramkę, przecięłam sobie paluszek szybką od obrazka ;) Nie poczułam tego i o mało co, cała praca poszłaby na marne, bo zaplamiłabym rysunek krwią, na szczęście zauważyłam w porę  i zakleiłam skaleczenie (uff). Mam nadzieję, że koleżanka doceni trud i poświęcenie jakie włożyłam w rysunek dla nie ;) :D 

Jutro wyjeżdżam, ale na krótko.

środa, 7 listopada 2007

prima aprilis i inne rzeczy

Doszłam do wniosku, ze czas napisać nową notkę...
***
Trochę ponad dwa tygodnie temu, w niedzielę, w telewizji, na TVN nadawano program "Złote tarasy". Nie oglądałam zbyt uważnie, ale zerkałam czasem na ekran. W pewnym momencie prowadząca program Martyna Wojciechowska,powiedziała:
- Przerywamy program. Łączymy się z TVN24. Dzieje się coś niepokojącego.
W tej chwili popatrzyłyśmy na siebie z mamą i zaczęłam odczuwać lekki niepokój.
Na ekranie pojawił się Grzegorz Miecugow z poważną miną (no dobra to akurat nic nadzwyczajnego, on przeważnie taką ma) i mówi:
- Dochodzą do nas głosy, że w całej Polsce dzieją się niepokojące rzeczy. Łączymy się z Poznaniem.
W Poznaniu reporter, wyglądający jakby miała za chwilę zemdleć, mówi:
- Mieszkańcy skarżą się, że z powietrzem jest coś nie tak, że mają trudności z oddychaniem.
W tym momencie wystraszyłam się nie na żarty.
Ekran zaczął migać, łączność została przerwana, a na ekranie znów pojawił się G. Miecugow, który powiedział:
- Tym razem łączymy się z Krakowem.
Tutaj kolejny reporter tym razem stwierdzający, że:
- W Krakowie bardzo szybko obniża się temperatura, w ciągu pół godziny stała się  niższa o 10 stopni. 
Tutaj nastąpiła powtórka, przerwana transmisja, w studio Miecugow i łączenie się tym razem z Gdańskiem, w którym to reporter chciał porozmawiać z jakimś mieszkańcem, ale kamera się zachwiała i łączność po raz kolejny została przerwana.
Na tym etapie byłam przerażona, tak samo zresztą jak reszta domowników. Zaczęłam drżeć na calom ciele, a Kindze zaczęły z oczu płynąć łzy.
Pan Miecugow zaczął coś mówić, na ekranie pojawiły się jakieś kwadraciki, a po chwili studio "Złotych tarasów" i Martyna Wojciechowska mówiąca, że to była mistyfikacja.
W tym momencie zaczęłam się strasznie śmiać, po części z ulgi, a po części dlatego, że dałam się tak wkręcić.
Okazało się, że cała ta mistyfikacja była zrobiona dlatego, że w programie miała być mowa o słuchowisku radiowym Orsona Wellesa "Wojna Światów" było ono nadane 30 października w Stanach, a dotyczyło ataku Marsjan na ziemię. Radiosłuchacze treść słuchowiska uznali za fakt i wybuchła masowa panika.
Kiedy usłyszałam o tym dawno temu, wydawało mi się to dziwne i mało prawdopodobne, ale teraz po tym "przedstawieniu" jakie urządziła stacja TVN,  wierzę już w tą masową panikę. Sama przecież też się nabrałam. Prima aprilis w październiku phi.
***
Weronikę dopadł jakiś wirus, potem zaraziła się Kinga i ja. Plusem mojej choroby było to, że nadrobiłam trochę zaległości w spaniu i czytaniu. Jeszcze całkiem zdrowa nie jestem, ale czuję się trochę lepiej.
***
Weronika w szkole brała udział w konkursie plastycznym "świetlica moich marzeń' i zajęła II miejsce. W nagrodę dostała kredki pastelowe. Była taka dumna, że z miejsca zaczęła tworzyć nowe rysunki.
Utworzyłam galerię z obrazkami Weronki, zapraszam do oglądania :)

piątek, 12 października 2007

o warsztatach i Swiatowym Dniu Reumatyzmu

Byłam w Miedzeszynie k/Warszawy na warsztatach.
Podróż w tamtą stronę odbyła się z pewnymi przygodami.Autobus, którym jechałam popsuł się i na miejscu byłam z czterogodzinnym opóźnieniem :/
Okazało się, że awaria jest dość poważna i musimy czekać namechanika, który naprawi uszkodzenie. W pewnym momencie zaczęłam sięprzysłuchiwać dialogowi kierowców. Brzmiał mniej-więcej tak:
Kierowca 1- Ciekawe czy (chyba żona*) zrobiła mi kanapki.
Kierowca 2- Pewnie nie, jak pech to na całej linii.
Kierowca 1 sięgnął do torby i mówi – A jednak są i to sporo.
Kierowca 2- To jednak cię kocha…. Zrobiła więcej bowiedziała, że jedziesz ze mną;) –dodał po chwili.
Kierowca 1 – Aaa, to znaczy, że ciebie kocha ;)

Tak duże opóźnienie pokomplikowało nieco moje plany. Zbiórka osób zmierzających na warsztaty miała być o 18, okazało się, że nie ma sensu jechać do mojej koleżanki, która mieszka dość daleko od centrum i w związku z tym, trochę niespodziewanie odwiedziłyśmy moją rodzinkę :D Dobrze, że istnieją telefony, to mogłyśmy choć trochę wcześniej uprzedzić o wizycie.

Na warsztatach pokazywano nam ćwiczenia rehabilitacyjne stosowane w chorobach reumatycznych. Okazało się to bardzo pożyteczne, gdyż spora cześć grupy, mimo długiego stażu chorobowego, popełniała błędy rehabilitacyjne,szkodząc sobie.

Później były techniki relaksacyjne. Prowadząca powiedziała, że podczas odprężenia, może zacząć nam burczeć w brzuchach :D lub poczujemy potrzebę odkaszlnięcia, bo są to naturalne reakcje organizmu. Byłam trochę przeziębiona i niedługo po tym, jak to powiedziała dostałam okropnego ataku kaszlu :/ Z mojej relaksacji nic nie wyszło, bo musiałam opuścić salę. 

WNIOSEK: Nie polecam technik relaksacyjnych podczas przeziębienia.

Na zakończenie omawialiśmy jakie postulaty zgłosimy na konferencji w Światowy Dzień Reumatyzmu.

Warsztaty były okazją do spotkania się ze znajomymi. Podczas warsztatów humor miałam fantastyczny i byłam pełna energii.
Przed wyjazdem znów odwiedziłam rodzinkę, a w niedzielę wieczorem powrót do Szczecina. Droga powrotna odbyła się bez rewelacji, tyle tylko, że przespałabym swój przystanek i zajechałabym do Świnoujścia. Jednak w porę się zorientowała gdzie jestem i wysiadłam tu gdzie trzeba.

*dopisek autorki bloga.

A teraz coś dla uświadomienia Czytelników.
12 października jest Światowym Dniem Reumatyzmu.  Piszę o tym bo jest do dla mnie ważne, tak samo zresztą jak dla innych chorych. Postanowiłam napisać co nieco o tej chorobie aby zwalczyć stereotyp, że choroby reumatyczne dotyczą tylko ludzi starszych i polegają na „strzykaniu w stawach”.

Nie jest prawdą, ze choroby reumatyczne dotyczą tylko ludzi starszych. Choroby te pojawiają się najczęściej u ludzi w wieku 30 – 40 lat,pewne odmiany chorób reumatycznych np. MIZS, występuje u ludzi młodych, przed 20 r. ż., a nawet u dzieci (to mój przypadek).

Chorobom reumatycznym w większości przypadków towarzyszy stan zapalny obejmujący stawy rąk, nóg, stawów barkowych, biodrowych lub stawów kręgosłupa, ale to także szereg objawów ze strony narządów: wzroku, skóry i układów: krążenia, naczyniowego, oddechowego, nerwowego. Choroby reumatyczne doprowadzają do niepełnosprawności.

Przyczyną chorób reumatycznych są reakcje autoimmunologiczne organizmu, który atakuje własne tkanki.

Choroby reumatyczne dotykają w dużej mierze ludzi młodych, będących w pełni sił między 35 o 50 r. ż. W ciągu dwóch lat po rozpoznaniu choroby co trzeci pacjent nie jest zdolny do pracy, zaś stopień inwalidztwa wynosi w tejgrupie 70 %.**

** Teksty o reumatyzmie pochodzą ze strony: www.chorobyreumatyczne.pl

czwartek, 4 października 2007

uświadomiona ;)

Dziś znowu wyjeżdżam. Po raz czwarty w tym roku do Warszawy :D  Jestem prawie spakowana, jeszcze tylko parę rzeczy trzeba wrzucić do torby.
Pomyślałam sobie, że przed wyjazdem napiszę małe co nieco, chociaż tym razem wybywam na krótko.
***
Parę dni temu rysowałam sobie, grało radio. Usiadła koło mnie Weronika i patrzała jak rysuję.W pewnym momencie, dało się słyszeć taką piosenkę: „Czasem myślę co by było,gdyby bocian co mnie niósł…” *  Weronika usłyszawszy ten tekst stwierdziła: „Przecież bociany nie przynoszą dzieci. Jakieś głupoty on śpiewa” :D :D :D

Tylko tyle na dzisiaj...

P.S. Dodałam nowy rysunek. **

* Tekst piosenki nie jest przytoczony dokładnie, tylko tak jak udało mi się zapamiętać.
** Dopisek dotyczył starego bloga

środa, 19 września 2007

o warsztatach w Ciechocinku

Nie było mnie 14 dni, a czuję się jakby nie było mnie 2 miesiące. 

Od jakiegoś czasu byłam namawiana, najpierw przez koleżankę, potem przez kolegę na wzięcie udziału w programie dla niepełnosprawnych „Gotowi do pracy”. Długo nie mogłam się zdecydować, kiedy jednak inna z koleżanek przysłała mi formularz zgłoszeniowy do wypełnienia, postanowiłam spróbować. Dzień przed wyjazdem do Warszawy, wypełniłam formularz i zostawiłam go siostrze do wysłania. Po niecałych dwóch tygodniach zadzwoniono do mnie, że zakwalifikowałam się na warsztaty. Okazało się, ze jadę do ośrodka w Ciechocinku z czego bardzo się ucieszyłam (daawno temu, w 3 klasie szkoły podstawowej, byłam w sanatorium w Ciechocinku). Trochę się też obawiałam jak tam będzie, ale w sumie nie było już odwrotu.

Przyjechali po mnie o 7 rano i powieźli w nieznane. Po drodze zbieraliśmy kolejnych uczestników warsztatów. Kiedy zajechaliśmy na miejsce pomyśleliśmy, że to jakiś żart :/ Budynek w kiepskim stanie, zaniedbany i brudny, koordynatora projektu nie było na miejscu, bo jak się okazało pojechał po drugą grupę uczestników. Musieliśmy przez to czekać na kanapie przy wejściu. Zjawił się chyba po dwóch godzinach i zostały nam przydzielone pokoje. Wszędzie była masa pająków, co dla mnie - arachnofobiczki było koszmarem… 8O brr

Zaczęliśmy się buntować, chcieliśmy od razu wracać do domów. Dano nam jednak do zrozumienia, że mamy zostać. Wysyłając zgłoszenie wyraziliśmy zgodę na uczestnictwo i baliśmy się, że jeśli zrezygnujemy to będziemy musieli ponieść jakieś konsekwencje. Nie mieliśmy nikogo, kto mógłby nami pokierować :/.
Teraz myślę, że dobrze się stało… :D :D

Była bardzo fajna grupa ludzi. Totalna mieszanina, ale myślę, że właśnie dlatego było tak ciekawie. Podczas całego pobytu zdarzały się jakieś sprzeczki i kłótnie, ale to wszystko było bez mojego udziału, ja się dogadywałam ze wszystkimi ;D

Na zajęciach uczyli nas asertywności, kreatywności, optymizmu :D Koleżanka stwierdziła, że czego, jak czego ale optymizmu nie trzeba mnie uczyć. Swoją drogą to dziwne, jak różni ludzie, różnie nas postrzegają, są tacy co mają mnie za skrajną pesymistkę.

Muszę przyznać, ze całe te warsztaty bardzo dużo mi dały, mam wrażenie, że więcej niż innym :)  Dowiedziałam się czegoś o sobie, dostrzegłam u siebie cechy, których wcześniej nie zauważałam.
Po zajęciach chodziliśmy na spacery. Podziwiałam piękne dywany kwiatowe…

Czasami robiliśmy sobie grilla…. Pewnego razu zrobiliśmy sobie grilla na tarasie, był już wieczór, chłodno. Wszyscy siedzą i tylko jedna Ela…tańczy :D. Zimno było, Ela zmarzlak, trzeba było się jakoś rozgrzać. Reszta towarzystwa rozruszała się jak weszliśmy do środka…dziwne, przecież tam było ciepło ;) Po owym grillu, w nocy pożywiła się moją krwią… złośliwa komarzyca. Rano nie mogłam otworzyć oka, gdyż okazało się, że „uciapała” mnie w powiekę.  Włożyłam sobie za okulary chusteczkę, przysłaniając opuchliznę. Po tańcach bolały mnie też nogi i rano szłam opierając się cała na poręczy. Jak zobaczył mnie Darek, koordynator projektu to skwitował:
- „No tak, spuścić was na chwilę z oczu, to chodzicie po ścianach z popodbijanymi oczami”
No cóż, zdarza się :D

Uczyłam się też gry w bilard. Przy moim schorzeniu to nie taka prosta sprawa, ale jak się gra z kimś, kto tak samo nie potrafi, to można nawet wygrać! :D Wiem bo mi się udało… za pierwszym razem…za drugim już nie :] A jakie gigantyczne pająki chodziły po sali bilardowej brr. Pstryknęłam im nawet parę fotek :]
Przyznam jeszcze, że mój organizm został nieco nadwerężony. Chodzenie spać o 1 lub 2 w nocy i wstawanie o 6:30 robi swoje.

Na końcu mieliśmy wykłady z prawnikiem, ledwo wysiedziałam. Nie żeby nudził, skądże, ale jednak prawo trzeba lubić, żeby słuchać z wielkim zainteresowaniem, a po tak wyczerpującym pobycie ciężko było nie zasnąć. Prawie mi się to udało, jednak, niestety miałam kilkusekundowe „odloty”  :O

W drogę powrotną wyruszyliśmy o 19,  ja byłam odwieziona jako przedostatnia i do domu dotarłam po 3 w nocy. Zanim opowiedziałam pierwsze wrażenia, zrobiła się 4 i dlatego pierwszego dnia, po powrocie spałam do 13. 

Podsumowując, cały pobyt uważam za udany. Nie sposób wszystkiego opisać, zresztą myślę, ze to nie wskazane.
Mam nadzieję, ze dotrwaliście do końca tej notki. . .
P.S. Literki są różnej wielkości, bo blog mi świruje i nie mogę sobie z nim poradzić.*


* Dopisek dotyczył starego bloga

środa, 22 sierpnia 2007

wyjazd

Wybywam na jakiś czas...
Nowa notka po powrocie :)
Pozdrawiam tych nielicznych Czytelników, którzy tu zaglądają.
Z poważaniem c. Ela

piątek, 17 sierpnia 2007

opowiastki z Warszawy

W poniedziałek wróciłam z parodniowego pobytu w Warszawie. Pojechałam z mamą i Kingą i odwiedziłyśmy rodzinkę :D Doszłam do wniosku, że jednak jestem bardzo rodzinną osobą, bo bardzo podobały mi się odwiedziny u wszystkich wujków, cioć i kuzynów ;) A może to dlatego, że mam fajną familię... :D

Udało mi się spotkać też z koleżankami…

Najpierw umówiłam się z Agnieszką. W sumie wszystko szło zgodnie z planem, no może z malutkim wyjątkiem… Obie stałyśmy w korku… ale równocześnie wysłałyśmy sobie sms-y, że się spóźnimy i na dodatek równocześnie podjechałyśmy na miejsce ;) więc można powiedzieć, że wszystko było ok.

Następnie miałam spotkać się z Kasią. Tu już było z pewnymi atrakcjami.  Umówiłam się z nią o 16 pod Pałacem Kultury i Nauki. Była ładna słoneczna pogoda. Mama z Kingą miały pojechać na taras widokowy, a ja powędrować gdzieś z Kasią. Niestety plany uległy zmianie.
Kaśka przysłała mi sms-a, że uciekł jej autobus i się spóźni.   Potem kolejnego, że uciekł jej drugi autobus i spóźni się jeszcze bardziej :] Doszłam do wniosku, że nie będę sterczeć pod Pałacem jak kołek i pojadę na taras razem z rodzicielką i siostrzenicą. Po obejrzeniu panoramy miasta, zjechałyśmy na dół, a Kasi dalej nie było. Poszłyśmy więc do marketu, który był w pobliżu. W końcu dostałam od Kaśki następnego sms-a, że jest już pod pałacem, tylko w innym miejscu niż się umówiłyśmy,  ale na razie nie może się nigdzie ruszyć bo strasznie leje. Podeszłyśmy do wyjścia marketu i zobaczyłyśmy ścianę deszczu. Napisałam, że ja z tego samego powodu nie mogę podejść do niej ;) Niestety ów sms do niej nie dotarł. Odczekałam chwilę i postanowiłam zadzwonić. Nic z tego nie wyszło. Odczekałam kolejną chwilę, zadzwoniłam jeszcze raz i … udało się! Postanowiłyśmy, że poczekamy, aż deszcz trochę zmaleje i wtedy dojdziemy do siebie.
Chwilę po skończeniu rozmowy, zobaczyłam, że pada mniej i poszłyśmy pod pałac, a tam…. nie ma Kasi. W tym momencie zadzwonił telefon:
- Hej Ela, postanowiłam dojść do ciebie i jestem w markecie.
- He, he my postanowiłyśmy to samo i jesteśmy pod pałacem. Nie ruszaj się stamtąd! Już idziemy do ciebie. :D
No i w końcu się znalazłyśmy. Wręczyłam Kasi narysowane przez siebie gibony i postanowiłyśmy wyruszyć do jakieś knajpki. Poszłyśmy w deszczu do najbliższej i okazało się, że… jest zamknięta :/ W końcu udało się dotrzeć do następnej, na gorącą czekoladę i dalej poszło już bez specjalnych rewelacji.
 

W drodze powrotnej kupiliśmy kwiatki i czekoladki d

Tyle na dzisiaj...