Powinnam przeżywać
jedne z szczęśliwszych dni w życiu, ale za sprawą najbliższych mi osób
siedzę i płaczę. Chciałabym się tym nie przejmować, ale nie
potrafię.Chciałabym by akceptowali moje wybory, żeby cieszyli się ze
mną… ale to co odbieram z ich strony, to demonstracyjne milczenie, i
zacięta mina... jak bymzrobiła coś złego, a ja chcę tylko żyć, po prostu
żyć, zwyczajnie jak milionyludzi na całym świecie…
poniedziałek, 31 stycznia 2011
wtorek, 16 listopada 2010
dopisek
W poprzedniej notce
zapomniałam napisać, że uczęszczam na kurs angielskiego. Wyleciało mi
to z głowy, zapewne dlatego, że straciłam cały zapał do nauki. Trudno
jest mi się skupić na zajęciach, przyswoić nowe rzeczy, przypomnieć
stare, sklecić zdania…
Gdyby nie to, że opłaciłam z góry, to bym zrezygnowała :(
Pogoda dziś jesienna. O mało co nie zostałam porwana przez wiatr, pod niebo z parasolem w ręku....
sobota, 13 listopada 2010
wróciłam!
Miły komentarz zmotywował mnie do tego, abym napisała małe co nieco…
Przerwa
długa, bo też i niezliczona ilość różnych rzeczy pochłania mój czas.
Przede wszystkim szkoła…Zajęcia, co prawda odbywają się… w gruncie
rzeczy rzadko, ale zamieszanie panuje tam straszne, a mój brak
organizacji mi nie pomaga. Ogólnie odnoszę wrażenie, iż wszystko kręci
się wokół szkoły.
Po pierwsze,
dlatego że wszedł odgórnie - nowy system oceniania, który wyklucza oceny
cząstkowe, a wymaga, aby z każdego przedmiotu była napisana praca
semestralna, dopuszczająca do (to też nowość) egzaminu
semestralnego.Tematów prac oczywiście nie podano nam od razu, co
wprowadzało nerwową atmosferę, że nie zdążymy się ze wszystkim wyrobić,
bo przedmiotów jednak trochę jest. Jak już nam dano tematy, to wkrótce
potem okazało się, że sprawa nie w pełni aktualna, tzn. egzamin na koniec
semestru będzie, jednakże prac pisać nie trzeba, wracają natomiast oceny
cząstkowe i będą nas na nowo raczyć testami. A ja już zdążyłam
wypożyczyć książki i napisać początki dwóch prac :P Nawiasem mówiąc owe
książki oddałam z tygodniowym opóźnieniem i musiałam zapłacić karę ;P
Po drugie,
dlatego, że wszedł inny odgórny przepis i wszystkie osoby wykonujące
zawód terapeuty zajęciowego, niemające wykształcenia stricte w tym
kierunku, muszą to nadrobić. Nie ważne, że od 20 lat pracują, jako
terapeuci i sprawdzają się w swoim zawodzie… W związku z powyższym
do mojej klasy doszło 5 nowych słuchaczek. Chcę zaznaczyć, że uczęszczam
na semestr trzeci, a nowo zapisane osoby nie zmieniły szkoły, tylko
zaczęły od tego poziomu… nie jestem pewna czy nadrabiając teraz dwa
poprzednie semestry, w trybie wybitnie przyspieszonym będą mądrzejsze, i
lepiej się znały na swojej robocie… hmmm
Poza
zwykłymi przedmiotami, jak np. patologia, rehabilitacja czy psychologia,
na które trzeba się po prostu nauczyć teorii, mamy też różnego rodzaju
pracownie, np. rękodzieła. W dwóch poprzednich semestrach robiłyśmy na
szydełku, na drutach, szyłyśmy, plotłyśmy sznurkowe makramy, malowałyśmy
na szkle. Nowo przybyłe dziewczyny i tak mają dużo roboty z nadrabianiem
‘zwyczajnych’ przedmiotów, więc na wykonanie tych wszystkich‘robótek’
szkoda czasu, co nasza szanowna pani mgr od pracowni rozumie i bierze pod
uwagę. Uznała jednakże, że muszą się w jakiś sposób wykazać. Przez
to my też mamy dodatkową robotę, bo w tym ich ‘wykazywaniu się’ musimy
brać udział. I tak: Jedna z dziewczyn specjalizuje się w tworzeniu w
skórze i uczyła nas tej umiejętności. Druga uczyła
nas robić kwiatki z bibuły. Nie śmiejcie się, to w pracy terapeuty
zajęciowego jest przydatna umiejętność. Trzecia prowadzi grupę teatralną z
osobami z chorobami psychicznymi. Zaprosiła nas
na próbę,abyśmy mogły zobaczyć jak się to odbywa. Kolejna zaprosiła nas
do pracowni gliny, gdzie pracuje jak terapeutka. Wrażenia dopiero przede
mną.
Wszystko
ma swoje dobre i złe strony. W pozytywach mogę ująć to, że nauczyłam się
nowych rzeczy. Wytwory w skórze są naprawdę efektowne. Kwiatki z bibułki
ładne i chyba nawet będę tę umiejętność często wykorzystywać. Próba
teatralna, przyznam, że wywarła na mnie wrażenie, to naprawdę
ciekawe doświadczenie. Martwi mnie, co innego. Aktualnie miast pracowni z
robótkami, mamy pracownię żywienia. Oprócz tego biblioterapię, z tą samą
panią mgr oczywiście. I jak się domyślacie to na tych zajęciach odbywa
się nadrabianie zaległości naszych nowych koleżanek. O ile o witaminkach,
kaloriach i zdrowej żywności w ogóle,jakieś pojęcie mam i na egzaminie
chyba zaliczę, to z biblioterapią jest nieco gorzej. Nie wiem, kiedy uda
nam się przerobić cały materiał. Po za tym jestem zwyczajnie zmęczona tą
mnogością rzeczy jak się wokół mnie dzieje i w której mimo
woli uczestniczę.
Po trzecie. Jak już wspomniałam, aktualnie jesteśmy na semestrze trzecim, i w zwyczaju jest, że żegnamy semestr kończący szkołę tj.czwarty. Po
za tym, w ramach biblioterapii powinnyśmy przygotować jakieś
przedstawienie i są to zazwyczaj ‘jasełka’. Z racji, iż jedna osoba z
naszej klasy jest prawdopodobnie innego wyznania, to pomysł ten odpada.
Odbywało się to zawsze na koniec roku, lub początku następnego, więc
temat miał być podchodzący pod zimę. Szukając czegoś w Internecie
natrafiałam na scenariusze w stylu ’dokarmiamy ptaszki’ lub‘lepimy
bałwanka’. Uznałam, że to lekka przesada. Owo
przedstawienie było zawsze połączone z pożegnaniem. W związku z tym,
jedna z dziewczyn wymyśliła, że skoro ma to być pożegnalna impreza, to
zamiast zwykłej inscenizacji, zrobić coś angażującego żegnane i
przygotować dla nich np. jakiś quiz. Pomysł zaangażowania innych spodobał
mi się i to nasunęło mi pewien inny koncept. O ile mi wiadomo, nikt ze
szkoły adresu tego bloga nie zna, ale pewności nie mam, więc na razie nie
będę opisywać, co też mi przyszło do głowy. Jak już
zostanie zrealizowany wtedy opowiem. W każdym razie bardzo się
zaangażowałam w to przedsięwzięcie. Wyżyłam się
trochę twórczo przy okazji. Dodam jeszcze, że przygotowujemy pożegnalne
upominki. Kierunek terapia zajęciowa zobowiązuje do samodzielnego
wykonania prezentów, i to jest kolejna rzecz pochłaniająca czas.
Po czwarte.
Praktyki. Na szczęście nie muszę odbywać praktyk, jako takich. Jest to
raczej zwiedzanie różnego rodzaju DPSów, oddziałów czy stowarzyszeń, ale
czasu zajmuje sporo, i wymaga ode mnie sporych nakładów sił.
Tyle
o szkole. Poza tym wszystkim wymyśliłam sobie, że wezmę udział w
konkursie, ogłoszonym przez centrum wolontariatu Polites, na plakat
promujący wolontariat. A jak już wymyśliłam to siedziałam nad tym.
Konkurs rozstrzygnięty, poniosłam klęskę.
Oprócz
tego różne choroby dotykają członków mojej rodziny, od zapalenia płuc,
przez ospę na przeziębieniach kończąc, co przysparza mi trosk. Ja
sama też wciąż w najlepszej formie nie jestem. Czasami mi się tylko tak
wydaje, angażuję się wtedy w kolejne rzeczy, a potem muszę to odchorować.
Są jeszcze dwie sprawy, o których na razie pisać nie chcę, ale proszę Czytelników o trzymanie kciuków, trochę w ciemno.
Kolejna
rzecz, to wyprowadzka mojej siostry i jej familii. Zamieszanie w
ostatnim czasie przez to panuje w domu straszne, niepozwalające się
skupić. Poza tym Weronika przezywa tą przeprowadzkę, więc staram się
poświecić jej trochę czasu, aby nie czuła się w tym całym zamieszaniu
osamotniona.
Jest
Stowarzyszenie jedno, jest Stowarzyszenie drugie, są ludzie, którym
chciałabym poświęcić czas, a którego wciąż za mało lub zwyczajnie sił już
brak...
No to relację zdałam, pomarudziłam sobie trochę i kończę…
Pozdrawiam
wtorek, 31 sierpnia 2010
śniadanie filozofek ;)
Ja: Jajko ugotowało mi się na twardo, nie na miękko...
Kinga: Dziwisz się? Każdy woli być twardy a nie 'miętki'.
Weronika: No tak, ale jajka czasami nie mają wyboru...
Kinga: Dziwisz się? Każdy woli być twardy a nie 'miętki'.
Weronika: No tak, ale jajka czasami nie mają wyboru...
czwartek, 26 sierpnia 2010
wspomnień czar :)
Za mną dwutygodniowy pobyt w uroczym miasteczku Strzelin, u uroczego
Jacka K. ;)
Podczas tych dwóch tygodni obejrzeliśmy niezliczoną ilość
filmów, zajadając przy tym słonecznik i zaśmiecając cały pokój łupinkami
;P
Odbyliśmy też wycieczkę do Wrocławia, uatrakcyjniając ją wizytą w
Muzeum Narodowym, w Panoramie Racławickiej (zachwycającej), oraz
przejażdżką zabytkowym tramwajem 'Juliuszem'. 'Julek' miał drewnianą
podłogę, drewniane siedzenia, trząsł i zgrzytał, co nadawało mu klimat
przywodzący na myśl przeszłość. Przez moment poczułam się jakbym jechała
w wehikule czasu ;P
Podczas tych dwóch tygodni rozmawialiśmy na tematy poważne i mniej poważne, spacerowaliśmy, chodziliśmy na zakupy... podczas tych dwóch tygodni, ja wściekałam się na moje włosy, które postanowiły żyć swoim własnym życiem. Kręcą się niemiłosiernie i w trudno nad nimi zapanować :] Podczas tych dwóch tygodni leniłam się straszliwie.
Dwa tygodnie zleciały szybko i trzeba było wracać do domu.
W domu zaczęły mnie nachodzić myśli o końcu wakacji, o końcu lata, o szkole, o angielskim, o jesieni... eh nie lubię.
środa, 21 lipca 2010
sezon weselny
Jak już wspomniałam
nie mogłam uczestniczyć w ceremonii zaślubin Konrada i Anety, ani bawić
się na ich weselu.Mogłam za to leżeć pod kroplówką w czasie, kiedy owe
wydarzenia miały miejsce.Mogłam też odbierać mms-y ze zdjęciami pary
młodej, od Kingi i Wery oraz odczytywać informacje, że na weselu jest
nudno. Sądziłam, że słowa te mają dodać mi otuchy,
pocieszyć, że niewiele straciłam. Ale jak się okazało naprawdę było
nudno… na początku ;)
Później się zabawa rozkręciła i jak się dowiedziałam, dawna współautorka bloga tj. Kinga zaszalała… oj zaszalała ;) Ale o tym sza, bo nie dożyję do powstania następnej notki ;) Dnia następnego Młodzi odwiedzili mnie w szpitalu i obdarowali kawałkiem weselnego tortu … mniam :P oraz uraczyli opowieściami z ich najwspanialszego w życiu dnia :D
Szpitalne progi opuściłam w poniedziałek. Jeszcze tego samego dnia, w
godzinach wieczornych poczułam się mniej dobrze, ale ignorowałam te
odczucia, bo zajęta byłam pakowaniem, albowiem nazajutrz zamierzałam
wyruszyć w drogę w kierunku Wrocławia.
Moje
zamierzenia się dokonały i pociąg powiózł mnie po torach w oczekiwanym
przeze mnie kierunku. Na dworcu czekał na mnie Jacek. Skierowaliśmy
kroki ku busowi, który zawiózł nas do celu ostatecznego tj. do
Strzelina. Jednym z powodów mojej podróży w te strony, było zaproszenie
mnie przez Jacka jako osoby towarzyszącej na ślub i wesele syna jego
kuzynki (trochę skomplikowane to zdanie, ale nie potrafiłam inaczej ;P)
Piątkowego popołudnia szykowaliśmy się do uczestnictwa w akcie zaślubin
wymienionego syna kuzynki i wybranki jego serca. Dzięki temu nabyłam nową umiejętność, którą jest wiązanie krawata :D Strojni i eleganccy wyruszyliśmy w drogę z familią Jacka. Nie obyło się bez komplikacji, a jakże… zaczynam podejrzewać że w moim organizmie tkwi jakieś małe urządzonko, wywołujące przeszkody :] Ale mniejsza z tym.
Wesele.
Sądziłam, że przesiedzę całą imprezę pogrążona w swej nieśmiałości,
albowiem nie znałam zbyt wielu gości weselnych, że o parze młodej już
nie wspomnę. Poza tym Jacek z różnych przyczyn, też do tańca się nie
rwał ;) Jednakże to mnie
porwały pierwsze takty muzyki, w związku z czym jednak ruszyliśmy w tan…
;) i tańcowali my i tańcowali… Szczerze żałuję, że nie posłuchałam
dobrej rady Jacka i nie wzięłam butów na zmianę, skutkiem czego wygibasy
na parkiecie przychodziły mi z co raz większym trudem. Natomiast po
wspomożeniu się napojem wyskokowym Jacek, chęci do tańca miał coraz
więcej ;)
Po którejś, kolejnej przerwie „na jednego” , moje "4 litery" namówione
przez kończyny dolne, nie chciały się unieść z krzesła.
Znudzony moim
siedzeniem Jacek, pod pretekstem skorzystania z toalety, wysunął z
sali.Okazało się, że wylądował na tarasie, gdzie się zagnieździł na czas
jakiś. W owym czasie ja siedziałam sobie przy
stoliku, obserwując bacznie tańczących. Zlitowawszy się nade mną,
osamotnioną, o tej godzinie zapewne smętnie wyglądającą osóbką i
poprosił mnie do tańca niejaki Józek. Ja wygrzebawszy buty spod stołu,
ruszyłam w tan. Tan cudowny, bo partner naprawdę znakomity :) W
końcu Jacek przypomniawszy sobie o mnie zaciągnął mnie na taras, gdzie
nie byliśmy już długo. Nadarzyła się bowiem okazja żeby opuścić - co
prawda udaną,ale jednak wyczerpującą imprezę :o Wykończona
zasnęłam w trybie natychmiastowym i spałam najdłużej ze wszystkich
zgromadzonych w domostwie, do którego udaliśmy się po szaleństwach
piątkowej nocy ;)
W domostwie tym spędziliśmy o ile mnie pamięć nie myli 2 i pół dnia ;) na totalnym lenistwie. Toż to powinno być karalne ;) Po tym czasie wróciliśmy w progi gdzie zamieszkuje Jacek…m.in. ;)
Ja w dalszym ciągu oddawałam się lenistwu, zastanawiając się jak też
wrócę do normalności, po tym próżniactwu. W końcu bumelanctwo me
dobiegło końca. Pojechałam „po torze, po torze, po torze, przez most,
przez góry, przez tunel,przez pola, przez las…” do Szczecina ;)
Sprawa, która mnie zmobilizowała do opuszczenia Strzelina, były urodzinki Alicji – mej chrześniaczki :D Skończyła całe dwa latka :) Duża i śliczna z niej Pannica :D Poza tym miałam trochę rzeczy do zrobienia. Musiałam zaliczyć wizytę u stomatolożki, w celu uzupełnienia braków w uzębieniu ;) odwiedzić dawno nie widzianą Ciocię, załatwić nie cierpiącą zwłoki sprawę urzędową, oddać książki do biblioteki… itp.
Ostatnio
dopadła mnie wena twórcza i popołudniami zasiadałam do rysowania. W
ferworze pracy twórczej przyozdabiałam kolorami nie tylko arkusz
papieru, ale wszystko dookoła, z sobą włącznie. Niestety dziś
zaprezentowałam moją pracę rodzicowi, który to nie rozpoznał co na niej
widnieje. W związku, z czym moja wena mocno się nadwątliła.
No i to by było na tyle….
p.s. Brak odstępów między wyrazami lub też odstępy w złych miejscach są z przyczyn niezależnych ode mnie.*
* dopisek ten był zrobiony na poprzednim blogu (przed przeniesieniem). Tutaj wszystko gra :)
czwartek, 24 czerwca 2010
bez komentarza
Jestem zła...
Poszłam dziś na umówioną wizytę do reumatolog.
Lekarka: Jak się pani czuje?
Ja: Lepiej, szczególnie w przeciągu ostatniego tygodnia zauważyłam poprawę. Do końca jeszcze nie jest dobrze, ale na pewno lepiej.
D: Acha, czyli zauważa pani sukcesywną poprawę?
J: Tak
Doktorka spojrzała w wyniki...
L: A jednak nie, wyniki nie są dobre. Położę panią na oddział na 3 dni. Piątek, sobota, niedziela.
W mojej głowie, przelatują myśli. Przecież, w sobotę ślub Konrada i Anety. Pytam:
Ja: Lepiej, szczególnie w przeciągu ostatniego tygodnia zauważyłam poprawę. Do końca jeszcze nie jest dobrze, ale na pewno lepiej.
D: Acha, czyli zauważa pani sukcesywną poprawę?
J: Tak
Doktorka spojrzała w wyniki...
L: A jednak nie, wyniki nie są dobre. Położę panią na oddział na 3 dni. Piątek, sobota, niedziela.
W mojej głowie, przelatują myśli. Przecież, w sobotę ślub Konrada i Anety. Pytam:
J: Czy to konieczne?
L: Z mojego, medycznego punktu widzenia tak. Decyzja należy do pani.
J: A czy można w jakimś innym terminie?
L: Nie!
Cholera!
To by było na tyle…
L: Z mojego, medycznego punktu widzenia tak. Decyzja należy do pani.
J: A czy można w jakimś innym terminie?
L: Nie!
Cholera!
To by było na tyle…
piątek, 18 czerwca 2010
notka bogata w treść ;P
No i zgodnie z zapowiedzią nowa notka, w treść bogata się pojawia :)
Chyba się już odnalazłam… no może nie w pełni, ale prawie.
Mam za sobą kolejny pobyt w szpitalu. Choroba
znów o sobie przypomniała i nie daje zapomnieć niestety. Pobyt trudny,
bo spotkani ludzie i usłyszane tam historie uświadomiły mi, że to dotyczy
mnie bardziej niż mi się wydawało i niż bym sobie tego życzyła. No, ale jakoś żyć trzeba, tym bardziej ze życie składa się z wielu aspektów…
Pomimo
zmiennego stanu zdrowia postanowiłam udać się do Warszawy na Walne
Zebranie Członków Stowarzyszenia. Tak dawno już nigdzie nie podróżowałam,
że czułam nieprzemożoną chęć wyjazdu ;) I nie
żałuję swojej decyzji. Przed wyjazdem skontaktowałam się z polanickim
panem T., który wyraził chęć na spotkanie. Tym razem nie miał mnie, kto
odebrać z dworca i prawdę mówiąc nie zabiegałam o to zbytnio… Przed
wyjazdem przestudiowałam mapę stolicy i możliwe dojazdy
komunikacją miejską. Miałam pewne wątpliwości czy uda mi się dotrzeć na
miejsce bez problemu, bo z moją orientacją w terenie (o czym już tu chyba
wspominałam), nie jest najlepiej ;) Jednakże okazało się, że nawet ja
mogę dotrzeć bez specjalnych problemów ;P
Zatrzymałam się u Agnieszki,
której bardzo dziękuję za gościnę, tym bardziej, że decyzję o wyjeździe
podjęłam w ostatniej chwili. Podziękowania również dla mamy Agnieszki,
która zawiozła nas na zebranie i przywiozła z niego. Po zebraniu jak
zwykle miała miejsce część mniej oficjalna, przy żarełku, napojach i
śmiechach. Na specjalne wyróżnienie zasługuje tort Moniki Z., który był
pyszniasty :P
Dnia następnego, moje samopoczucie nie było już tak
dobre, bowiem moje kochane stawy przypomniały o sobie. Chwała temu co
wynalazł środki przeciwbólowe!!! W
godzinach popołudniowych przyjechał po mnie komunikacja miejską pan T.
Poruszanie się po Warszawie zajmuje sporo czasu, więc w swej łaskawości
pan T. ugościł mnie u siebie aż do wieczora, za co dla niego również
składam podziękowania. Przy okazji połączyliśmy się przez Skype z naszą
wspólną znajomą. Było miło :)
Uświadomiłam
sobie, że nie wspomniałam tu na blogu, że zapisałam się do szkoły. Całe
to zapisywanie się, jak to u mnie, odbyło się z komplikacjami. Wybrany
przeze mnie pierwotnie kierunek to organizacja reklamy, ale przez te
komplikacje stanęło na tym, że uczę się na terapeutkę zajęciową…
podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. Semestr zaczęłam z opóźnieniem,
z masą zaległości, ale podołałam. Zajęcia fajne. Nauczyłam się w szkole
robić na drutach, na szydełku, pleść makramy (no może to zbyt dużo
powiedziane, nauczyłam się podstawowego węzła ;P), ponadto
zainteresowałam się psychologią i socjologią… Jednakże cieszę się, że
przede mną ostatnie zajęcia :P i wakacje! Od angielskiego mam wakacje już
od ponad tygodnia. Test końcowy zaliczony na 92 % Nie jest źle, chociaż
mogłoby być lepiej ;)
Z
racji, iż notki długo nie było, to nie piszę więcej, tylko zamieszczam
to co jest, żeby nie przedłużać. Więcej następnym razem, ufam, że szybko
:P
czwartek, 17 czerwca 2010
niedziela, 21 marca 2010
sobota, 6 lutego 2010
Dialogi
Kilka rozłożonych w czasie, dialogów z życia wziętych, dla rozładowania napięcia:
Mama: O znów pada śnieg
Anka: Nooo, ale nie ma chmur
Ja: To z czego pada?
Mama: Z przyzwyczajenia :)
Mama: O znów pada śnieg
Anka: Nooo, ale nie ma chmur
Ja: To z czego pada?
Mama: Z przyzwyczajenia :)
***
Wychodziłam gdzieś i Werka zapytała:
W: O której wrócisz?
Ja: Nie wiem
W: A jak wrócisz to się ze mną pobawisz?
J: Nie, bo będę się uczyć
W: Dlaczego będziesz się uczyć?
J: Bo lubię i chodzę do szkoły
W: Tak? Ja też chodzę do szkoły i się nie uczę :]
***
Weronika: Co robisz?
Ja: Maluję się
W: idziesz gdzieś?
Ja: Idę
W: Gdzie?
Ja: Daleko
W: No powiedz gdzie
Ja: Blisko - powiedziałam drocząc się
W: No powiedz
Ja: Później ci powiem
W: Powiedz, to się z Tobą pobawię :D
***
Kinga wysłała wspólnie z koleżanka kupon totolotka, sprawdza i mówi:
K: No mówiłam żeby skreśliła 7! Mówiłam!
Ja: I co byłaby 'trójka'?
K: Nie, 'jedynka' :)
Było coś jeszcze, ale pamięć zawodna. Jak sobie przypomnę to napiszę.
sobota, 23 stycznia 2010
przemyślenia
Ten rok nie zaczął się dobrze. Już w poprzednim nie było najlepiej, ale
myślałam sobie, że w końcu to co złe przeminie. Ludzie, w tym i ja,
często się łudzą, że z nadejściem nowego roku wszystko się zmieni na
lepsze, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... że te wszystkie
mechanicznie wypowiadane, przesyłane (metodą "kopiuj - wklej") życzenia
się spełnią. O naiwności!! Uczucia jakie obecnie dominują w moim życiu
to lęk, smutek, niepewność, żal, złość, zmęczenie... do niedawna
poczucie winy, cholerne gryzące poczucie winy, które zamieniło się w
bunt... chyba pod wpływem ciągłych pretensji, o rzeczy ważne i o
drobnostki... Z tym też nie jest mi dobrze...
Prawie całe moje
minione życie było monotonne, przewidywalne jak kolejny odcinek
telenoweli... Trzy ostatnie lata, wywróciły je do góry nogami... Nabrało
tempa, za którym często trudno mi nadążyć... Podobało mi się to, ale
może jednak lepiej nie przeżywać życia na prawdę, tylko tkwić pod
kloszem, jak dziecko... (?) ale na to już za późno, kiedy się poznało
jego różnorakość, nie da się cofnąć do krainy dziecięcego
bezkrytycyzmu...
Kiedyś przeczytałam na blogu Oleńki "...chciałabym coś zmienić, ale nic nie zależy ode mnie...". Napisałam wtedy komentarz: To nie zupełnie tak... mamy wolną wolę, podejmujemy decyzje... chyba jednak coś od nas zależy:) ... Heh,
g.... prawda, tak naprawdę nic nie zależy od nas, czasem tylko nam się
tak wydaje. właśnie wtedy kiedy to pisałam - wydawało mi się. Oleńko,
to Ty miałaś rację.... niestety.
piątek, 30 października 2009
to u nas rodzinne ;)
Ostatnia
notka była całkowicie poświęcona mojej osobie, postanowiłam że dziś
napiszę o moich siostrzenicach. Na początku istnienia
bloga Kinga prowadziła go ze mną, natomiast Weronikę często tu cytowałam.
Zdolne i utalentowane dziołchy;)
Weronika
- dziesięciolatka, już od paru lat powtarza, że będzie pisarką i
ilustratorką swoich książek. Myślę, że jej plany na przyszłość, mają
szansę się spełnić. Ostatnio miała napisać na język polski opowiadanie,
używając podanych wyrazów. Moim skromnym zdaniem wyszło jej całkiem
nieźle, dlatego postanowiłam zaprezentować Wam jej twórczość...
Opowiadanie
Autor: Weronika M.
Dawno
temu w Szczebrzeszynie żyła sobie żaba. Raz wyszła na spacer i spotkała
małego żółwia. Żółw spytał się jej czynie zechciałaby przyjść na świeże
muszki i sałatę. Uśmiechnęła się i powiedziała:
- Bardzo chętnie, lecz nie dzisiaj. Muszę posprzątać w domu po ostatniej imprezie.
- Dobrze... Może kiedy indziej skusi się pani na świeże jedzonko - odszedł ze smutną miną
Gdy doszedł do stawu aby się napić,spotkał panią wąż i zapytał ją o to samo co żabę. Ona odpowiedziała:
-
Nie, niestety nie. Od poniedziałku do piątku mam zajęcia gimnastyczne, w
sobotę sprzątam, a w niedzielę przesypiam prawie cały dzień po ciężkim
tygodniu.
- Skoro nie ma pani czasu to trudno...
Poszedł
dalej w kierunku swojego domu. Nagle spostrzegł, że obok drzewa stoi
pani żuk. Zapytał się jej o to samo, o co spytał się innych.
- To bardzo miłe, ale nie mam czasu. Mam dzieci.
-
Rozumiem... - odszedł ze spuszczoną głową.
Minął tydzień. Okazało się,
że: pani wąż wzięła sobie wolne, żaba już wszystko posprzątała, a żuczki
pani żuk poszły na noc do koleżanek. Wszystkie więc miały czas dla żółwia
i dlatego zaproponowały mu spotkanie. On natomiast powiedział, że na
drugi dzień przyjdzie z odpowiedzią.
Nazajutrz
wpadł w wielki rów. Gdy spadł na sam dół, rozległ się straszliwy huk.
Grzegżółka poinformowała orła, orzeł doniósł wiadomość wróblowi, który
powiedział to paniom wąż, żuk i żabie. One natychmiast przybiegły na
pomoc żółwiowi. Panna wąż okłamując wszystkich powiedziała, że jest
umówiona z żółwiem na jutro, chcąc dogryźć paniom żuk i żabie. Panie żuk i
żaba wtrąciły się, że to one są umówione ze zwierzątkiem w rowie. Tak
zaczęła się kłótnia. Z powodu tego całego bałaganu panie poszły sobie w
stronę jeziora.
Żółw na drugi dzień wydostał się z rowu. Nie chciał już nigdy umawiać się z żadną kobietą.
Zakończenie opowiadania strasznie mnie rozbawiło :)
Czas na opisanie sukcesu Kingi.
W
wakacje razem z dwiema koleżankami wzięła udział w konkursie Soraya.
Dziewczyny wysłały swoja fotkę na konkurs. Przez wakacje ludzie oddawali
głosy, na wybrane zdjęcie. Pod koniec sierpnia, pierwsza dziesiątka,
została poddana ocenie jury. Tym sposobem dziewczyny zdobyły ex aequo I
miejsce :) Nagrodą była profesjonalna sesja w Warszawie. Modelki sesję
mają już za sobą. Ich wizerunek będzie na 10 billboardach w naszym cudnym
mieście :)
Zdjęcie konkursowe. Kinga w środku.
Zdjęcie z sesji. Kinga po lewej ;)
No i czyż nie mam racji, że mam utalentowane siostrzenice?
wtorek, 13 października 2009
szpital
Zastanawiałam
się czy w ogóle opisywać zdarzenia z ostatniego czasu… Czy ma sens
uzewnętrznianie się… Pomyślałam jednak, że może zrobi mi się lepiej…
Ponadto czasem konieczne jest sięgnięcie pamięcią wstecz, a że pamięć jest
zawodna, postanowiłam spisać szpitalne „przygody”. W sumie piszę to bardziej
dla siebie…
No to
zaczynam:
Czekał mnie pewien
drobny zabieg, jednak ciągle nie miałam czasu aby zgłosić się do szpitala.
Zawsze było coś pilniejszego i ciekawszego do zrobienia. Jednak na początku
tego roku doszłam do wniosku, że nie będę dłużej tego odkładać i stawiłam się u
ortopedy. Czekało mnie 6 tygodni unieruchomienia z nogą w gipsie, niezbyt
miła perspektywa, ale chciałam mieć to za sobą. Początkowe obawy minęły i
hardo twierdziłam, że szybko dojdę do siebie i w sierpniu nawet z nogą w gipsie
i o kulach pojadę na Mazury, gdzie planowany był Zlot osób młodych chorych
reumatycznie, na który bardzo czekałam. Czas pokazał, że nie można być zbyt
pewnym siebie... Gdybym przewidziała choć drobną część...
Termin
wyznaczono na kwiecień, ale z racji iż uczęszczałam na kurs angielskiego,
poprosiłam o przesunięcie. Ostatecznie miałam zgłosić się 8 lipca. Tego dnia
zostałam przyjęta do szpitala, a następnego miałam operację. Zabieg zniosłam
dobrze, dopiero popołudniu poczułam się gorzej, ale to z winy środków
przeciwbólowych, które uśmierzały ból, ale sprawiały że miałam mdłości :/ No
ale jakoś to przeżyłam. Na drugi dzień, na porannym obchodzie usłyszałam od
lekarza, że wychodzę do domu. Byłam w szoku, takiego tempa się nie
spodziewałam. Byłam osłabiona, ale jak mus to mus.
Dobrze mieć
brata, bo ten wniósł mnie trzecie piętro ;) Popołudniu poczułam się gorzej i
dostałam wysokiej gorączki. Mama zadzwoniła do lekarza, ale powiedziano, że
przez weekend nie ma wizyt domowych i musiałam poczekać do poniedziałku.
Nie byłam w stanie ruszyć się z domu, wiec pozostało czekanie. Zbijaliśmy więc
temperaturę i tyle. W poniedziałek przyszła lekarka, zajrzała do gardła,
stwierdziła anginę i przepisała antybiotyk. Straciłam całkowicie apetyt,
wmuszałam w siebie cokolwiek żeby przeżyć ;] Przestałam tolerować antybiotyk,
zaczęłam zwracać i dostałam wysypki. Temperatura ponad 39 stopni, po podaniu
środków na zbicie jeszcze wzrosła. Wezwaliśmy więc
pogotowie. Potraktowali mnie jak osobę niespełna rozumu, nie wytrzymałam i
powiedziałam co o tym myślę. Dostałam zastrzyk na zbicie gorączki i tyle.
Ponownie przyszła lekarka z przychodni na wizytę domową i przepisała drugi
antybiotyk, ale ten też nie pomógł. Byłam co raz bardziej wycieńczona
niejedzeniem, temperaturą... miałam dość, nie wiedziałam, że to zaledwie
początek drogi. Fakt, że nie mogłam stawać na nogę
nie ułatwiał sprawy :/
W niedzielę
udaliśmy się do przychodni, do lekarki dyżurnej, która to skierowała mnie - z
racji wciąż bolącego gardła - do laryngologa. Znów musiałam wykorzystać brata,
który to nosił mnie na rękach ;) Laryngolog na 99,9 % stwierdził pewną chorobę
zakaźną, która to trwa ok. 3 tygodni i samoistnie mija. Dał skierowanie na
oddział zakaźny, sugerując, że jeśli mogę jeść i pić nie ma potrzeby w ogóle
się tam udawać. Mimo sugestii pojechaliśmy. Na izbie przyjęć zrobiono mi
badania i wykluczono chorobę, którą na 99,9 % stwierdził laryngolog, ale
wykryto silne zakażenie bakteryjne. Przyjęto mnie na oddział, z czego się nawet
ucieszyłam. Pomyślałam: ‘kilka dni pod fachową
opieką i wreszcie będę zdrowa.’ Zastosowano 2 antybiotyki naraz i po
3 dniach poczułam się lepiej. Zaczęłam nawet chodzić o kulach (wcześniej nie
miałam sił i wożono mnie na wózku).
Gorączka
pojawiała się w godzinach wieczornych, a w dzień mogłam od niej odpocząć ;)
Niestety po dwóch dniach poprawy (w sobotę) znów poczułam się gorzej. Nie chciałam
się nad sobą rozczulać i starałam się jakoś trzymać. Jednakże okazało się, że
temperatura znów rośnie i stąd moje gorsze samopoczucie. Popołudniu odwiedziła
mnie rodzicielka, przy której to omdlałam. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i
stałam się całkiem bezwładna. Miałam swoje rekordowo niskie ciśnienie 66/50.
Wlano we mnie 8 kroplówek naraz - na pewno w owym momencie nie groziło mi
odwodnienie ;) Zaczęłam mieć problemy z oddychaniem, byłam jak rybka wyjęta z
wody.
W
poniedziałek zjawiła się doktor prowadząca, która po osłuchaniu mnie
stwierdziła zapalenie płuc. Jak się potem okazało miała rację. Podłączono mnie
do tlenu, bo z oddychaniem było cienko. Rano z moich cieniutkich żyłek pobrano
mi sporo krwi. Popołudniu stwierdzono, że będą mi ściągać płyn z opłucnej, ale
przedtem zlecono pobrać kolejne porcje krwi. Moja ulubiona pielęgniarka (na
pierwszy rzut oka laleczka Barbie, która nic nie potrafi, a tak naprawdę
jedna z bardziej znających się na swojej robocie), próbowała
kilkakrotnie, ale się nie udawało. Aż biedna zaczęła płakać i stwierdziła, że
chyba pójdzie do więzienia za to kłucie mnie ;) Wściekała się, że na raty
zlecają badania, jak by nie mogli za jednym zamachem, przy jednym bólu, tym
bardziej, że byłam już dziurawa jak sitko i trudno było znaleźć odpowiednią
żyłkę. Samo kłucie mi nie przeszkadzało, chyba się uodporniłam, martwiłam
się tylko, że nie można mi zrobić tych badań i co będzie dalej... Przeniesiono
mnie do zabiegowego (w pozycji leżącej, bo nie byłam w stanie się
podnieść), gdzie wszystko było przygotowane. Prawdę mówiąc byłam przerażona
(wcześniej powysyłałam sms-y z prośbą o modlitwę i 3manie kciuków, czym
nastraszyłam kilka osób, za co bardzo przepraszam). Leżałam tak na tym stole,
po mojej prawej stał lekarz mający wykonać zabieg, a po prawej lekarka dyżurna
(cudowna kobieta, zwana przeze mnie później lekarką kryzysową, bo dziwnym
trafem miała dyżur, jak zaczynało się ze mną dziać coś dziwnego). Wypytałam czy
to konieczne i czy istnieje jakieś zagrożenie. Dowiedziałam się, że wskazane i
że owszem jest. Na moje pytanie, co będzie jak się nie uda,
usłyszałam, że będzie problem ;] Zdaje się, że lekarz był nie mniej
przerażony niż ja, bo z racji mojej niepełnosprawności miał utrudnione zadanie.
Macał mnie i macał żeby dobrze trafić ;) W końcu lekarka dyżurna stwierdziła
żeby lepiej upewnić się jak to wszystko wygląda i zrobić tomografię
komputerową. Lekarz na to przystał, a ja odetchnęłam. Były godziny
popołudniowe, wezwano więc technika i zrobiono mi tomografię w trybie pilnym.
Okazało się, że płyn w płucach jest, ale zabieg odwleczono. Za radą
pielęgniarki spałam w pozycji siedzącej, żeby płyn nie zalegał w płucach. Rany,
jak od tego boli du** i kręgosłup.
Dnia
następnego dowiedziałam się, że założą mi dojście centralne. Wkłuwa się to coś
w żyłę na szyi lub podobojczykową, po to by nie trzeba było więcej kłuć.
Zakłada to anestezjolog, w znieczuleniu miejscowym. Wystają potem z ciała
takie dwie rureczki, z których można pobierać krew i podłączać kroplówki,
a może to siedzieć w żyle podobno do 3 miesięcy - dla porównania tradycyjne
wenflony - do paru dni. Znów powieźli mnie do zabiegowego, tym razem w pozycji
siedzącej, co skończyło się atakiem kaszlu, ale przeżyłam ;) Na koniec
zabiegu powiedziałam: „Nie taki diabeł straszny…
prawdę mówiąc trochę się bałam…”, lekarz mi przerwał i oznajmił: „Ja też”. Dobrze, że zakomunikował
mi to, jak już było po wszystkim ;D Teraz już było trochę lepiej i dla mnie i
dla pielęgniarek, które przychodziły do mnie zestresowane ;)
A potem...
hmmm, co było potem? Potem chyba miałam za wysokie ciśnienie, ale to
drobny epizod. Następnie zaczęła mi się zatrzymywać woda w organizmie. Ależ
miałam grube nogi ;) Zawsze takie szkieletowate, a tu nagle pulchniutkie, aż
dziwnie było patrzeć ;) Daruję sobie opisywanie walki z tym problemem ;D A i jeszcze
komar mnie ukąsił w oko… Lato, więc latało tego co niemiara… zdążyłam
opowiedzieć współlokatorce, że parę razy komar „udziabał” mnie w powiekę i
proszę… budzę się rano i nie mogę otworzyć oka. Od razu pomyślałam: „To
sobie wykrakałam” ;P
Jak
napisałam na początku, to wszystko zaczęło się od operacji. Nadszedł czas
kontroli u ortopedy. Operację miałam w innym szpitalu, dlatego czekała mnie
przejażdżka karetką (nie pierwsza zresztą, wozili mnie na różne badania…
po terenie ‘mojego’ szpitala ;D). Z braku personelu, moja rodzicielka została
poproszona o pojechanie ze mną. Przyjechała karetka i powiozła nas do drugiego
szpitala. Dostałyśmy numer telefonu i po wszystkim miałyśmy zadzwonić do
dyżurki, aby pielęgniarki wezwały karetkę. Okazało się, że nie wszystko było
dogadane, nie było lekarza, musiałam czekać i takie tam. W końcu się zjawił.
Zdjęto mi gips, wyjęli druciki wystające z palców i mieli mnie zapakować w gips
ponownie. Miałam do wyboru też kupno bucika ortopedycznego, który umożliwiał stawanie
na operowanej nodze. Ów but kosztował niezłą sumkę, ale było to dla mnie spore
udogodnienie i mateńka kupiła mi to cudeńko ;) (Dziękuję!) Z nogą (po za tym,
że wyglądała jak noga Frankensteina ;D), wszystko było w porządku.
Zgodnie z
zaleceniem, zadzwoniłyśmy do pielęgniarek, aby te wezwały karetkę.
Czekałyśmy ponad godzinę... ja wycieńczona, ciągle z zapaleniem płuc... a
karetki nie widać. Dzwonimy ponownie. Zostałyśmy poinformowane, że
karetka została wysłana. Czekamy dalej, kolejny telefon i czego się
dowiadujemy?... że, karetka była, ratownicy nas nie znaleźli… i odjechali!!!
Porażka. Do tej pory nie rozumiem, jak mogli przyjechać po pacjenta i bez
pacjenta odjechać.. Tym bardziej, że ja siedziałam niedaleko drzwi wejściowych,
a moja mama co chwila wypatrywała czy nadjeżdżają... Odwołałyśmy karetkę i
pojechałyśmy taksówką. Całe to zdarzenie skończyło się na tym, że znów mi
wzrosła gorączka:/ Na drugi dzień jedna z pielęgniarek zaczęła wygłaszać
pretensje, że pojechałyśmy taksówką i wtedy nerwy mi puściły. Powiedziałam
wszystko co mi leży na sercu... od tamtej pory, była najfajniejszą pielęgniarką
:) Jak potem stwierdziła jedna z pacjentek: „No, czasem trzeba
nakrzyczeć” :D
Przestałam
gorączkować i zaczęłam snuć marzenia o wyjściu do domu. Niestety dopadł mnie
ból biodra. Bolało mnie cały dzień, a na wieczór jak chciałam się
położyć, podniosłam nogę żeby przerzucić ją na łóżko... i zastygłam w dziwnej
pozycji ;D Próba jakiegokolwiek ruchu kończyła się koszmarnym bólem. Nie bardzo
wiedziałam co zrobić. Mama przytrzymywała mi nogę i jakoś się ułożyłam.
Dostałam zastrzyk przeciwbólowy, ale nie w to cudowne urządzenie jakim
jest dojście centralne, bo to zastrzyk domięśniowy i musiałam się wypiąć na
pielęgniarkę ;) Iniekcja pomogła, przestało boleć, ale... niespodzianka... znów
temperatura ;] Któregoś razu lekarka oznajmiła:
„Jak tylko się zrobi lepiej, to potem co raz gorzej”, niestety
miała rację. Wszyscy mi powtarzali „myśl
pozytywnie”, ale ilekroć zaczynałam myśleć pozytywnie i nabierałam
nadziei, że będzie lepiej, to mój organizm dostawał wariacji. Martwiłam się, że
nie dam rady pozbierać się na czas Zlotu. Agnieszka zakomunikowała mi, żebym
się nie martwiła, bo trzyma mi miejsce, a współorganizator (sponsor)
wyraził zgodę, abym dotarła samolotem, w przypadku, gdy będę zbyt słaba na
przejazd PKS-em lub pociągiem. Byłam w Szoku! Niestety, nawet tak nadzwyczajne
wieści nie wpłynęły pozytywnie na stan mojego zdrowia.
Zostałam
wysłana na kolejne badania: RTG, USG, UKG, konsultacja u laryngologa…
Lekarka na konsultacji, zobaczywszy moją historię choroby zdziwiła się nieco,
bo teczka już natenczas ledwo się domykała ;) Wtedy pielęgniarz, z którym tam
pojechałam, zaczął opowiadać z grubsza moją historię choroby... Wcześniej
nie zdawałam sobie sprawy, że ze mną było aż tak źle... RTG pokazało, że nie
mam już zapalenia płuc :D ale żeby nie było za dobrze, to USG
wykazało… zapalenie wątroby. Nic dziwnego te hektolitry antybiotyków,
które we mnie wlewali musiały mieć swój negatywny skutek :( Popołudniu
przyszła do mnie siostra [rodzona;)] Poczułam, że temperatura znów
rośnie, ale starałam się tym nie zadręczać i z sugestią dobrze życzących
mi osób, próbowałam myśleć pozytywnie... Znacie film „Pollyanna”? Strasznie lubiłam ten film w dzieciństwie :)
Główna bohaterka uczy „gry w zadowolenie”, która polega na szukaniu pozytywnych
stron, nawet w najtrudniejszej sytuacji. Zaczęłam tak jak ona, szukać tych
dobrych stron, trochę się wygłupiając: „w
sumie powinnam się cieszyć, mogło mnie boleć wszystko, a przecież tak nie
jest... nie bolą mnie włosy, twarz... no właśnie cała twarz mnie nie
boli, toż to powód do radości... i paznokcie, i zęby,... mogłam mieć wyższą
temperaturą, niż mam i...” i coś tam
jeszcze wymyślałam, ale nie pamiętam. Zmierzyłam i faktycznie mogła być
większa, bo dobiło zaledwie do 39,1. Z powodu tej wątroby, lekarka zaleciła, że
w razie gorączki zamiast dawać leki, mają mnie obłożyć lodem :/ Wcześniej
też już próbowali i wiedziałam, że to niewiele pomoże... miałam rację. Po 3 godzinach
drgawek, okazało się, że mam 39,7 :/ Zlitowali się i dali mi paracetamol... Po
jakimś czasie temperatura zaczęła opadać, zasnęłam więc spokojnie... ale
niestety rano powtórka z rozrywki i kolejna porcja drgawek pod lodem. Trudne do
uwierzenia, ale rano, chyba przez ten lód i napięcie mięśni, bolała mnie… twarz
;) o jeden powód do radości mniej ;) Nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać...
W sumie ten rzut gorączki znosiłam nieźle, lepiej niż poprzednie i doktorka
stwierdziła, że to chyba polekowa i odstawiła mi antybiotyk. Pomogło, gorączka
minęła… na 4 długie dni ;)
Po tych 4 dniach wróciła i już nie znosiłam jej tak dobrze, a trwała
nieprzerwanie prawie 3 tygodnie. Prawdę mówiąc czułam się fatalnie. Lekarze nie
mogli znaleźć przyczyny, a ja totalnie traciłam siły. Nie miałam apetytu i
robiło się mnie co raz mniej... ;) Byłam znana wszystkim lekarzom z oddziału...
W tym czasie wiedziałam już, że nie pojadę na Zlot, z ciężkim sercem
zakomunikowałam, że nie dam rady. Było zbyt mało czasu na zebranie sił, a
ponadto nie wiedziałam kiedy będę wypisana, bo wciąż nie było wiadomo co mi
dolega. W sumie i tak łudziłam się zbyt długo... Kolejny antybiotyk,
podobno „z wyższej półki”, po jakimś czasie mój organizm przestał go tolerować.
Objawiało się to koszmarną boleścią całego ciała, po prostu zwijałam się z
bólu. Nigdy więcej czegoś takiego. Antybiotyk odstawiono.
W tym czasie odbył się długo wyczekiwany przeze mnie Zlot, nie na Mazurach
tylko w stolicy. Było mi przykro, że nie mogłam w nim uczestniczyć, ale mogłam
chociaż porozmawiać przez telefon ;) W gruncie rzeczy pogodziłam się, że mnie
to ominęło i czekałam na wyzdrowienie… Gorączka trwała nadal.
Podejrzenie padło na dojście centralne... że niby wdało się zakażenie. Wyjęto
mi je i znów zaczęto mi pobierać krew tradycyjną metodą. Na szczęście
żyłki w tym czasie nieco odpoczęły ;) Okazało się, że nie dojście jest sprawcą
gorączki :/ Miałam porobione różnorakie badania, a przyczyny nie było widać.
Kolejne podejrzenie padło na stawy (nie pierwszy raz). Miałam konsultację u dr
reumatolog, za którą delikatnie mówiąc nie przepadam i nie za bardzo jej
ufam. Stwierdziła, że stawy nie są przyczyną gorączki. Jeszcze jeden
antybiotyk, po którym dostałam wysypki i zaczęłam jeszcze bardziej tracić
apetyt. To już był jadłowstręt. Doszło do tego, że na sam widok jedzenia
zaczęłam zwracać. Masakra. Słabłam co raz bardziej...
Lekarka prowadząca wymyśliła kolejne badanie: scyntygrafie kości (x2).
Stwierdziła, że wszystko inne jest przebadane. Dostałam też sterydy, dzięki
którym gorączka zaczęła spadać :) Doczekałam się pierwszego terminu badania.
Pojechałam z mamą (tym razem dostałyśmy numer bezpośredni do dyspozytorni
karetek ;). Miałam skierowanie na badanie, na którym to była skrócona wersja
mojej choroby, widniało tam, że do szpitala trafiłam z sepsą. Wcześniej coś
obiło mi się o uszy, ale nikt nie powiedział mi tego wprost! Z drugiej strony
może i dobrze bo mogłam spanikować... Ale wróćmy do scyntygrafii. Miałam
wstrzyknięty izotop i musiałam czekać 2 godziny, podczas których miałam wypić
co najmniej 1,5 litra wody. Po 2 godzinach okazało się, że muszę poczekać
kolejne 3... ledwie wysiedziałam na tej twardej ławce, a samo badanie trwało
minut 13 ;) W drodze powrotnej myślałam, że zarzygam karetkę ;) Wróciłam ledwo
żywa.
Znów zaczął się problem z żyłkami, bo krew miałam pobieraną codziennie i
wszystkie żyłki na rękach i nogach były „zużyte” ;) Któregoś razu trzeba było
wymienić wenflon, przyszła do mnie siostra i mówi: „Rany ja się modliłam, żeby nie trzeba
było u pani wymieniać wenflonu, na mojej zmianie...” Zaczęłam ją pocieszać, że będzie dobrze, a ona na to: „Rzadki przypadek pielęgniarka bardziej
przestraszona od pacjentki” ;) Za trzecim razem się udało, siostra była z siebie niezmiernie
dumna ;)
Z jednej strony było lepiej, bo przestałam gorączkować, ale słabłam przez
ten totalny jadłowstręt. Poprosiłam, żeby odstawiono mi ten antybiotyk, bo się
wykończę. W końcu mnie posłuchano i zaczynałam odzyskiwać siły. Kolejna
scyntygrafia... Znów pojechałam z mamą. Tym razem trzeba było pobrać krew, ale
tutejsza pielęgniarka też miała problem. Próbowała kilkakrotnie, ale się nie
dało, więc badanie nie doszło do skutku... Lekarze doszli do wniosku, że skoro
i tak przestałam gorączkować to badanie nie ma sensu...
W końcu we wtorek lekarka obwieściła mi, że pod koniec tygodnia (w czwartek
lub piątek wyjdę do domu). Niezmiernie się ucieszyłam :) Już widziałam
siebie w domu... nastała środa i... znów cholerna gorączka i złe samopoczucie
fizyczne, że o psychicznym nie wspomnę. Totalna załamka. Do tego wszystkiego
pokłóciłam się z siostrą... Nerwy puściły nam obu... Leżałam na łóżku i
szlochałam w poduszkę, kiedy przyszła kobieta i wręcza mi przesyłkę… Gruba
koperta... Otwieram, a w środku pełno kartek od Zlotowiczów, z życzeniami
zdrowia :) Cudowna sprawa :D Otwierałam kolejne kartki, czytałam i
szlochałam... W lepszym momencie nie mogły dotrzeć ;) Wielkie dzięki, dla
wszystkich, którzy skrobnęli tych parę słów od siebie, dla mnie :) Było mi
to bardzo potrzebne w tamtym momencie. Agnieszko dla Ciebie największy buziak,
jako dla inicjatorki ;)
Skoro znów pojawiła się gorączka, to wyjście do domu oczywiście się
oddaliło. Lekarka postanowiła ponownie skonsultować mnie z reumatologiem,
podejrzewając chorobę tkanki łącznej, z.Stilla. W piątek pojechałam z
rodzicielką, do innej reumatolog. Jeszcze nie jest w 100 procentach
potwierdzone, ale wychodzi na to, że od losu dostałam taki gratisik w postaci
tej choroby... po co jedna, jak można mieć dwie? ;) Już po badaniu, czekając na
karetkę, spostrzegłam na korytarzu wagę. Stanęłam na niej i przeżyłam szok...
waga wskazywała niecałe 37 kg. Nic dziwnego, że ławka mnie uwierała ;)
Przyjechałam od reumatologa, a tu wpadają pielęgniarki, że muszą mi założyć
wenflon i pobrać krew. Zaczęły mnie całą oglądać w poszukiwaniu żyłek... Jedna
z sióstr znalazła jakąś i mówi do drugiej: „Chcesz spróbować?", a ta odpowiada: „Ty znalazłaś, to ty próbuj” ;) Udało się założyć wenflon, ale krwi nie
udało się pobrać. Kazały mi się najeść i rozgrzać. Zrobiłam to co nakazały i
faktycznie, było lepiej. Krew poleciała, w nieco mniejszej ilości niż było
zalecone, ale jednak. Wieczorem do moich żyłek popłynęła krew z dwóch
woreczków. Oddali to co zabrali ;)
Lekarka powiedziała, że jeśli przez weekend nie zagorączkuję, to wyjdę do
domu. Pomyślałam sobie, że nawet jeśli zagorączkuję to się nie przyznam ;)
Lekarka jakby wyczuła, bo kiedy powiedziałam, że nie mam gorączki, to upewniała
się czy na pewno ;) Naprawdę nie miałam :] I w końcu nadszedł długo wyczekiwany
przeze mnie dzień. We wtorek, 22 września - po 65 dniach pobytu w szpitalu
- wyszłam do domu!
Przez jakiś czas wracałam do normalności. Tyle czasu w szpitalu, na dodatek
na oddziale zakaźnym, robi swoje. Strasznie odbiło się to na mojej psychice.
Nie dość, że mną targały rożne dolegliwości, to naoglądałam się i nasłuchałam
różnych rzeczy. Im dłużej tam byłam, tym bardziej wariowałam. Zaczynałam mieć
schizy, bałam się czegokolwiek dotykać, ciągle myłam ręce, bałam się, że
się czymś zarażę… masakra. Na szczęście wróciłam już chyba do normy
:) Tzn. do formy psychicznej, sprzed pobytu w szpitalu, bo całkiem normalna
to ja nigdy nie byłam ;) Zamiast wakacji, miałam szkołę... szkołę życia, ale
podobno nic nie dzieje się bez przyczyny...
To tak w drobnym skrócie ;)
A teraz podziękowania, dla rodzinki za pomoc i wsparcie <serce>
Największe dla Mamy, Taty i siostry Ani, którzy to odwiedzali mnie
codziennie (z małymi wyjątkami, kiedy to nie mogli z przyczyn niezależnych od
nich) pomagali mi i znosili moje humory.
Oraz dla brata Artura i siostry Kasi, dla cioć, wujków i kuzynek, za odwiedziny
i wsparcie.
A teraz dla znajomych, którzy z racji odległości nie mogli mnie odwiedzić,
ale wspierali dobrym słowem przez sms-y lub telefonicznie [w kolejności alfabetycznej]:
Agnieszki B., Anety M., Eweliny K., Iwony G., Jacka K., Moniki F., Reginy
W., Tomka K.
oraz dla Agnieszki, Eweliny, Halinki, Ingi i Kasi.
wtorek, 23 czerwca 2009
wyjazdy, wyjazdy ;)
Myślałam
o usunięciu bloga, albowiem częstotliwość pojawiania się notek jest -
delikatnie mówiąc marna. Jednakże z sentymentu pozostawię go i napiszę
co nieco, raz na jakiś czas. Poza tym komentarz Oleńki natchnął mnie
pozytywnie ;)
Od
czasu ostatniej notki sporo się wydarzyło - mam za sobą dwa kolejne
pobyty w Warszawie - oba udane :). Pierwszy bardziej pod względem
stowarzyszeniowym, drugi pod względem prywatnym. Nie będę się zagłębiać w
temat, są aktualniejsze rzeczy do opisania ;) Dość dużo podróżuję
ostatnio, myślę że nadrabiam stracony czas... Niestety niedawno musiałam
zrezygnować z wyjazdu planowanego na październik… zbyt odległy termin.
Nie mogłam zagwarantować, że dam radę, a gwarancja była potrzeba.
Zarys
niniejszej notki powstał w PKS-ie, na trasie Jelenia Góra - Szczecin.
Za oknem cudowne, zachwycające widoki.Wyginam usta w uśmiechu, patrząc
na te urokliwe krajobrazy :) Trudno będzie wrócić do szarej
rzeczywistości.
Do
Jeleniej Góry pojechałam 09.06.2009. r. na zjazd byłych kuracjuszy
"Małgosi" - taka mini powtórka z zeszłego roku. Droga przebiegła z
komplikacjami ( ja chyba nie potrafię inaczej ;)), później też były
drobne, ale nic to ;) i tak było fajnie.
Oprócz tego, że spotkałam się z ludźmi, tym razem pobyt miał swój wątek turystyczny...
Udało
mi się wejść na Chojnik... co prawda przy wielkiej pomocy jednego z
uczestników zjazdu, który służył silnym męskim ramieniem (bez jego
pomocy, poległabym na początku drogi), ale mimo to wspinaczka
kosztowała mnie niemało wysiłku. Jednakże warto było, widok z góry był
nadzwyczajny. Jak to powiedziała koleżanka: "Jak mam umierać to tutaj".
No może niekoniecznie zależałoby mi, żeby tam zaraz umierać, ale
faktycznie panorama była obłędna.
Ponadto tym razem wybraliśmy się na spacer, zobaczyłam cieplicką tamę i pozachwycałam się widokami….
Ten
zjazd miał zupełnie inny wymiar, niż ten zeszłoroczny, ale jednak tamto
miejsce zawsze będzie zajmowało szczególne miejsce w moich myślach. I
sercu…
Po zjeździe pojechałam jeszcze do koleżanki do Ściegien koło Karpacza. Z powodu odległości nie widujemy się zbyt często, więc fajnie było spędzić ze sobą trochę czasu, w głównej mierze na rozmowach oczywiście...
Po zjeździe pojechałam jeszcze do koleżanki do Ściegien koło Karpacza. Z powodu odległości nie widujemy się zbyt często, więc fajnie było spędzić ze sobą trochę czasu, w głównej mierze na rozmowach oczywiście...
Pogoda
nie była zbyt łaskawa, ale zdążyłam chwycić trochę górskiego, ostrego
słońca, przez co przez pewien czas (na szczęście krótki) wyglądałam jak
Indianka. Dla upamiętnienia zrobiłam sobie fotkę w tym stanie. Brat
obejrzawszy mój wizerunek na fotce - przyrównał mnie do świnki Pigi ;)
Siostry nie lepsze – wybuchnęły gromkim śmiechem na mój widok… nie ma
jak kochające rodzeństwo ;)
Z mniej
aktualnych, ale ważnych zdarzeń było odebranie świadectwa. Pozwolę
sobie się pochwalić, że test końcowy z angielskiego zaliczyłam 99/100
pkt. Część opisową na 90%
Też się pozachwycajcie widokami:
Widoki z
Chojnika :)
Cieplice:)
To by było na tyle...
Subskrybuj:
Posty (Atom)