No tak, znowu dawno nie pisałam... ale to dlatego, że ostatnio jakoś
dużo się dzieje, nie mam czasu, że już nie wspomnę o moim
roztrzepaniu...
Pomyślałam sobie, że mimo iż działo się to już jakiś czas temu, to jednak opiszę swój pobyt w stolicy... Uwaga zaczynam:
29
marca o 23:15 odjechał do Warszawy PKS ze mną w środku... nie tylko ze
mną oczywiście, był jeszcze kierowca i inni pasażerowie ;)
Z zaledwie
dwudziestominutowym opóźnieniem dojechał na miejsce. Z dworca odebrał
mnie wujek i zawiózł do swojego miejsca zamieszkania, w którym to
przebywała wujka małżonka tj. moja ciocia. Przesiedziałam w gościnie u
wujostwa do 17 z minutami i wujcio powiózł mnie w kierunku Pałacu
Kultury, gdzie miał czekać na mnie busik. Odjazd miał być o 18. Korki
były okropne, zaczęły się telefony, a dzwoniący pytali gdzie się
podziewam. Zajechałam trochę spóźniona, ale na szczęście nie byłam
ostatnia, co mnie trochę pocieszyło. Udało nam się jakoś przebrnąć
przez korki i zajechaliśmy do miedzeszyńskiego hotelu, gdzie wszamaliśmy
pyszniastą kolację.
Poszłyśmy z dziewczynami zagrać w bilard. Z
całą pewnością nie ma więcej takich fachowców do gry w bilard, jak nasza
piątka ;) Mogłybyśmy wystąpić w kabarecie... ma się ten talent ;)
Spać
poszłyśmy dość późno, a rano (bardzo, bardzo rano) trzeba było wstać.
Potem śniadanko, wykłady, przerwa, wykłady, obiad, wykłady, przerwa,
wykłady, kolacja, kolejna porcja gry w bilard, spanie, pobudka - znów o
koszmarnej godzinie, śniadanie, wykłady, przerwa, wykłady... i tu miał
nastąpić wyjazd 4 z nas, ale nastąpiły pewne komplikacje.. Ogólnie
reszta uczestników warsztatów zostawała na obiedzie, a my miałyśmy się
urwać wcześniej, z racji ustalonego na godzinę 14:00 Zebrania
Założycielskiego naszego Stowarzyszenia. Miał po nas przyjechać brat
Agnieszki, ale zapomniał o zmianie czasu... ;) Wobec tego ja z Kasią
cofnęłyśmy sie na stołówkę, aby napełnić nasze brzuszki małym co nieco.
Zjadłyśmy i okazało się, że jeden z uczestników też odjeżdża nieco
wcześniej i powiedział, że może nas zabrać. Wobec tego ja, Kasia i
Monika zapakowałyśmy się do jego auta, a Agnieszka czekała na brata.
Jedziemy, jedziemy, aż w pewnym momencie kierowca pyta jakie jest
światło, popatrzyłyśmy i stwierdziłyśmy, że światła nie ma... wysiadła
sygnalizacja świetlna. Nastąpiło zamieszanie, pojechaliśmy inną drogą i w
efekcie zajechaliśmy później niż Agnieszka... heh jak to mówią ostatni
będą pierwszymi ;)
Zebranie odbyło się zgodnie z przepisami i planem i pozostaje nam czekać na decyzję sądu.
Po
zebraniu zostaliśmy jeszcze na pogaduszki. Gadaliśmy i śmieliśmy się
tak gdzieś do 18. Zadzwoniłam do kuzynki z pytaniem czy może po mnie
przyjechać. Okazało sie, że może, jednak był akurat jakiś koncert, w
związku z czym znów były korki i przyszło mi trochę poczekać... i stałam
tak sobie sama w wielkim mieście ;) Zjawiła się kuzynka w towarzystwie
wujka i powieźli mnie do siebie. Tam oczywiście czekała ciocia, która
jak mnie zobaczyła to stwierdziła, że chyba jestem bardzo zmęczona i
spytała czy aby na pewno muszę dziś jechać. Ja no to spytałam, czy aż
tak źle wyglądam, na co ciocia, że nie najlepiej :P No fakt wrażeń było
dużo ( może niekoniecznie da się to wyczytać z tej notki, ale wierzcie
mi na słowo ;D), jedna noc w autobusie, dwie jakoś wyjątkowo krótkie, ale mimo to
upierałam się żeby jechać. Jednak po którymś z kolei stwierdzeniu cioci,
że widać iż jestem zmęczona... uległam. Chyba się ciocia obawiała, że
swoim wyglądem odstraszę współpasażerów podróży ;P
Przespałam noc w
wygodnym łóżeczku, ale mimo to nie do końca się wyspałam, szczerze
mówiąc mam wątpliwości czy to kiedykolwiek nastąpi. Przesiedziałam u
rodzinki do wieczora... o 21:50 odjeżdżał PKS, a ja o 21:40
siedziałam jeszcze w aucie wujka i zerkałam nerwowo na zegarek. W końcu
wyraziłam głośno swoją obawę, że nie zdążymy. Wtedy w trakcie rozmowy
okazało się, że wujek myślał, iż autobus odjeżdża 5 min. później i...
dodał gazu ;) Podjechaliśmy pod dworzec, kuzynka pobiegła do kierowcy
powiedzieć, że jest jeszcze jedna osoba. Kiedy kierowca mnie zobaczył
stwierdził: "o idzie nasza pasażerka, poznaję, bo przywoziłem do
Warszawy" :) Wujek pakował mój bagaż, a ja w tym czasie podeszłam do
drugiego kierowcy kupić bilet i wtedy... ja, spóźniona, nie lubiąca na
siebie zwracać uwagi ... rozsypałam wszystkie drobne jakie miałam w
portfelu... :P zdolna jestem niesłychanie :] Do Szczecina zajechaliśmy... przed czasem, o 6:10.
W
domu opowiedziałam pierwsze wrażenia, poszłam spać i tkwiłam tak sobie w
krainie marzeń sennych do 16. Na zakończenie wspomnę jeszcze, że się
nie wyspałam.
To tyle o moich warszawskich przygodach.
W następnej
notce zamierzam umieścić zabawne wypowiedzi domowników, o ile uda mi się
znaleźć karteluszki, na których je pozapisywałam :P
Z pozdrowieniami dla Czytelników, którzy wytrwali do końca. Pa