poniedziałek, 9 września 2013

Zmęczenie

Jutro ostatni dzień stażu. Marzę o odpoczynku. Jestem przemęczona, a ciągle angażuję się w nowe rzeczy. Najwidoczniej mam coś z głową ;P

niedziela, 18 sierpnia 2013

Działo się...

Niektórzy mieszkańcy nazywają Szczecin dużą wioską z tramwajami, narzekając że nic się w tym mieście nie dzieje. Jednakże w sierpniu miały miejsce dwie, sporej rangi imprezy.

Pierwsza z nich to Finał Regat Wielkich Żaglowców The Tall Ships Races 2013. Ze swojej strony powiem, że było wspaniale. Imponującej wielkości żaglowce były zachwycające. I nawet fakt, że przemokłam do suchej nitki i nie uczestniczyłam w sobotnim koncercie, nie jest w stanie zatrzeć pozytywnych wrażeń i emocji. Za to w poniedziałek, ostatniego dnia imprezy wybrałam się na koncert szczecińskiego zespołu HEY. Kasia Nosowska była niezwykle przejęta śpiewając przed rodzimą publicznością. Kiedy na zakończenie odśpiewana została 'moja i twoja nadzieja', mi też zrobiło się tak jakoś...
 

Drugie niezapomniane wydarzenie to festiwal ogni sztucznych Pyromagic. Kiedy niebo rozbłyska raz za razem kolejnymi fajerwerkami, a w tle rozbrzmiewa muzyka i wszystko jest ze sobą synchronizowane trudno przejść obojętnie koło takiego widowiska. Niesamowity huk i jaśniejące niebo, tłum ludzi z zadartymi głowami, szczerzących zęby w uśmiechu i dobiegające co jakiś czas okrzyki zachwytu. Bajka!
 
 

niedziela, 28 lipca 2013

Skrótowo

Na początku roku, zapisałam się do projektu: "Wsparcie osób niepełnosprawnych na rynku pracy". Brałam dzięki temu udział, we wspomnianym już wcześniej kursie grafiki komputerowej. Od 10 czerwca natomiast jestem na stażu, w firmie FabrykaStron.eu. Podoba mi się :) Idzie mi raz lepiej, raz gorzej, ale ogólnie.... przynajmniej w moim mniemaniu jest ok.

Miałam też trochę stresów, związanych z problemami rodzinnym, na skutek czego wysiadło mi zdrówko. RZSik przypomniał o sobie i to całkiem wyraźnie... Póki co zwiększone dawki prochów (czyt. lekarstw), chyba działają...

Z końcem czerwca przyjechał do mnie Jacek. Był ponad dwa tygodnie, niby jest to trochę czasu, ale jakoś tak szybko zleciało... Chyba co raz gorzej znoszę to nasze bycie razem na odległość.  Przez to iż jestem na stażu nie mieliśmy zbyt dużo czasu dla siebie... W tym krótkim czasie zdążyliśmy być na spotkanku z fajną grupą osób, na którym bardzo fajnie się bawiliśmy. Potem razem pojechaliśmy na wesele... Pojadłam, popiłam i się wytańczyłam :)

Aby się wybawić musiałam odbyć drobny maraton ;) Wyruszyliśmy razem z Jackiem w czwartkową noc, a w piątkowy, bardzo wczesny poranek byliśmy we Wrocku, a stamtąd pociągiem do docelowego Strzelina. Do południa odsypialiśmy podróż, a popołudniu trzeba była poczynić przygotowania do weselnych szaleństw. W sobotę o 9, przyjechał autokar i ruszyliśmy do Kolonii Zawady, gdzie miało odbyć się wesele. Dotarliśmy po jakichś 6 godzinach. W hotelu ekspresowe przebieranie, makijaż, itp. Zawieziono nas do kościoła na uroczystość zaślubin, a potem z powrotem do hotelu na weselicho.

Zabawa była fantastyczna :) Jacek stwierdził, że swoje bioderko zużył do reszty i spokojnie może iść na operację ;) Balowanie zakończyliśmy w okolicy godziny 3. W niedzielny poranek, nie tak wczesny na szczęście, po skonsumowaniu pożywnego śniadanka, autokar zawiózł nas w drogę powrotną do Strzelina. W poniedziałek miałam czas na odpoczynek, a we wtorek droga powrotna do Szczecina. Tym razem pociągiem, z mało przyjemnymi dolegliwościami żołądkowym, w totalnym upale... nie życzę nikomu.

Jutro mój luby idzie do szpitala na wymianę bioderka, więc nieprędko się zobaczymy...

sobota, 8 czerwca 2013

Zjazd w Cieplicach nr 3


W środę 29 maja po skończonych zajęciach na kursie grafiki pognałam do domu, po to by w szybkim tempie wrzucić coś do brzucha i wyruszyć w ponowną, sentymentalną podróż do Cieplic... na kolejny - trzeci - zjazd byłych kuracjuszy nieistniejącej już "Małgosi".
Na dworcu PKS czekała już Ewelina K.- moja współtowarzyszka podróży i zarazem organizatorka spotkania. Droga długa i męcząca, ale jakże upragniona i wyczekiwana od kilku miesięcy...
Na miejscu byłyśmy przed 6 rano. Na dworcu autobusowym czekał na nas znajomy Eweliny. Zabrał nas do siebie, poczęstował mocną, gorącą kawą, niezwykle smaczną po nocnej podróży. Przygotował też gorący termofor na rozgrzewkę :) Przed 10 zajechałyśmy do pensjonatu, ogarnęłyśmy się nieco i poszłyśmy na spacer po Cieplickim deptaku. Wywabiłyśmy z domu siostrę Dorotkę (pielęgniarkę z Małgosi). Wymieniłyśmy się nowinkami, ponarzekałyśmy na zimno i ruszyłyśmy na poszukiwania innych członkiń  dawnego "małgosiowego" personelu. Spotkałyśmy jeszcze siostrę Anie, zwaną "śpiewającą" oraz panią Grażynkę. 
Jak zaszyłyśmy do pensjonatu, to część zlotowiczów już była na miejscu, w niedługim czasie dotarła i reszta, w tym również Jacek. Byli też nowi uczestnicy nie biorący udziału w dwóch poprzednich zjazdach, w tym Ewelina B., z którą nie widziałam się od wielu, wielu lat. Jakże dobrze nam się rozmawiało :) Przybyła z mężem i córką. Wspólna kawka w małym gonie i mnóstwo wspomnień :)
Wieczorem w świetlicy zgromadziliśmy się wszyscy: Adam, Ewa, Ewelina B. Ewelina K., Gosia, Jacek, Justyna, Łukasz, Marek, Przemek i ja. Rozmowy, dużo śmiechu, napoje wyskokowe, coś na ząb... czegoż więcej trzeba? :) 
Gromadka dzieciaków też przypadła sobie do gustu i świetnie się bawili.
W piątek się wypogodziło, poszliśmy z Jackiem pospacerować po okolicy. Przypadkowe spotkanie z rehabilitantką Grażynką. Ilekroć odwiedzam to miejsce, ogarnia mnie jakieś takie wzruszenie, niedowierzanie, że znów mogę tu być. W miejscu, gdzie spędziłam dzieciństwo. To jak powrót do domu...  Dla mnie i Jacka to miejsce jest tym ważniejsze, ze to właśnie tu się poznaliśmy i zaczęła się nasza wspólna historia...
Popołudniu wspólne biesiadowanie... zakończone późną porą. Jakżeby inaczej skoro nie widzieliśmy się tak długo...
Sobotni poranek przywitał nas deszczem i pokrzyżował nasze plany. Mieliśmy zamiar zrobić sobie wspólną wycieczkę, bowiem okolica obfituje w atrakcje turystyczne. Niestety pogoda nie pierwszy raz odniosła zwycięstwo w starciu z ludzkim zamierzeniami. Wyjściem awaryjnym okazał się wypad do pobliskiej naleśnikarni i spacer w strugach deszczu w niewielkim oddaleniu od pensjonatu. Wróciliśmy mokrzy od stóp do głów. Po wysuszeniu wyruszyliśmy na spotkanie z "ciociami" czyli wychowawcami i pielęgniarkami. Wspomniana już siostra Dorotka oraz nauczycielki: p. Monika, p. Iwonka i p. Basia. Wszyscy tryskaliśmy humorem.
W niedzielę wszyscy zaczęli się rozjeżdżać do domu. Eweliną z którą przyjechałam, zatrzymały sprawy sercowe. Sama siedziałabym do wieczora w Jeleniej Górze, więc za namową Jacka pojechaliśmy razem do Strzelina i dopiero w poniedziałek wyruszyłam do Szczecina.
Dotarłam z godzinnym opóźnieniem, zmęczona, ale szczęśliwa :)
Niemal wszyscy uczestnicy zlotu

Park zdrojowy w Cieplicach
moja skromna osoba


piątek, 24 maja 2013

Głuchy telefon

Dzwoni Kinga, odbieram...
ja: cześć
Kinga: No hej, sory że ci przeszkadzam... Dzwoniła  do mnie Wera, żebym przekazała mamie, że wróci godzinę później ze szkoły. Ja nie mam nic na koncie, więc nie mogę, a do ciebie mam darmowe, dlatego dzwonie do ciebie, a Ty wyślij sms-a za mnie, ok?
ja: ok. A czemu Wera sama do mamy nie zadzwoniła?
Kinga: bo jej się rozładowała komórka czy coś i skorzystała z telefonu koleżanki i tylko mój numer zna na pamięć.
ja: aha, ok
Kinga: no pa
ja: pa

bez komentarza :)

sobota, 18 maja 2013

kurs grafiki

Sporo się dzieje ostatnimi czasy... Między innymi uczęszczam na kurs grafiki komputerowej. Przerobiliśmy Adobe Photoshop, aktualnie tworzymy w CorelDRAW, a czeka nas jeszcze Adobe InDesign. Grafiką pasjonowałam się od dawna, ale do tej pory tworzyłam jakieś drobne rzeczy, ucząc się z materiałów zamieszczonych w internecie. I choć można znaleźć sporo informacji, samouczków i instrukcji z zakresu różnych programów do grafiki, to zdecydowanie nie to samo. Niestety kurs trwa tylko 60 godzin lekcyjnych, więc trochę mało, ażeby zagłębić się w temat, ale dobre i to :)

piątek, 12 kwietnia 2013

Przyszła biolożka?

Byłam wczoraj z wizytą u mojej chrześniaczki Alicji. Ala jest miłośniczką wszystkich stworzeń. Upodobała sobie owady. W swojej kolekcji oprócz pająków, muchy, pasikonika czy szczypawicy, ma nawet... modliszkę. Jednakże gustuje nie tylko w owadach. Chętnie bawi się też nietoperzem, skorpionem i wężem. 
Jestem arachnofobiczką i ogólnie nie pałam sympatią do tego rodzaju stworzonek. Czułam się mało komfortowo, bawiąc się się z Alą tymi, plastikowymi (na szczęście!) stworkami. Ale czego się nie robi dla jedynej, kochanej chrześnicy :)
Ala z najnowszym nabytkiem :)
Urocza kolekcja Alicji :)

czwartek, 14 marca 2013

Fiodor

Mamy nowego domownika :) Ma na imię Fiodor. Jego ruchy są pełne wdzięku, jest bardzo towarzyski, ma wąsy, bialutką sierść i głośno miauczy ;) Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia :D Gości u nas od wczoraj i zostanie przez około dwa miesiące. Właściciel musiał wyjechać, dlatego Fiodorek trafił do nas pod opiekę. 
Od wczoraj przemierzył masę kilometrów, poznaje nowe tereny. Wiem już że nie lubi głaskania po brzuszku, bo kiedy spróbowałam pokazał, że jest wyposażony w zęby i pazury ;)
W ciągu dnia miauczy niewiele, ale wieczorem i nad ranem pokazuje na co go stać ;P 
Fiodor

środa, 6 marca 2013

Odwiedziny

Odwiedziła mnie wena twórcza i powiedziała: "Wykorzystaj mnie" ;P Dawno do mnie nie przychodziła, więc grzechem byłoby nie skorzystać z jej propozycji ;P
Oto nasze dziecko:
Martwa natura - pastele suche na papierze

sobota, 26 stycznia 2013

Twarde lądowanie

W poprzedniej notce pisałam jak to jest ślisko i niebezpiecznie. Dziś mogę donieść, że odczułam to boleśnie na własnej skórze.

Idę sobie zadowolona do kuzynki na ścięcie włosów. Idę ostrożnie, ale i tak po chwili zobaczyłam… niebo.  Kolokwialnie mówiąc wywinęłam orła.  Nie było miękkiego lądowania… najdotkliwiej odczuła to moja głowa i łokcie.  Dobrze, że przechodziła pewna dziewczyna, która pomogła mi się pozbierać. Podała okulary, które niepostrzeżenie spadły mi z nosa. Na szczęście wszystkie endo ostały się na swoim miejscu ;P  Gnatki pozostały w całości. I tylko mięśnie przypominają uporczywie o tym co się stało.

Jakby tego było mało, pewna starsza pani, z gatunku tych nie mających siły stać, a mających siłę przepychać się do wolnego miejsca w autobusie, zaczęła mi robić uwagi, czym do reszty popsuła mi humor.

Pocieszeniem w tym pechowym dniu, była super fryzurka zrobiona przez kuzynkę :)

niedziela, 13 stycznia 2013

Hu! Hu! Ha! Nasza zima zła!

Mam nadzieję, że w 2013 będę częściej zamieszczać tutaj swoje notki ;P

Zima zawitała w Szczecinie i porządnie sypnęło śniegiem, z którego to za sprawą dodatniej temperatury zrobiła się śniegowa papka. Dziś z kolei temperatura spadła poniżej zera i zamieniła ową papkę w lód... śliski i twardy i niebezpieczny :/ Niestety w wielu miejscach nie było odśnieżone. Łatwo sobie wyobrazić jak trudno się przemieszczać. Szczególnie osoby starsze, czy niepełnosprawne mają duży problem...
Gołąbki nie mają tego problemu... i nawet ktoś o nie zadb i rzucił papu ;)
Szczecińskie gołąbki

środa, 2 stycznia 2013

RECEPTA NA CAŁY ROK

Bierzemy 12 miesięcy,
oczyszczamy je dokładnie
z goryczy, chciwości, małostkowości i lęku,
po czym rozkrajamy każdy miesiąc
na 30 lub 31 części tak, aby zapasu
wystarczyło dokładnie na cały rok.
Każdy dzień przyrządzamy osobno
z jednego kawałka pracy
i dwóch kawałków pogody i humoru.
Do tego dodajemy trzy duże łyżki
nagromadzonego optymizmu,
łyżeczkę tolerancji,
ziarenko ironii i odrobinę taktu.
następnie całą masę polewamy dokładnie
dużą ilością miłości. Gotową potrawę
przyozdabiamy bukietem uprzejmości
i podajemy codziennie z radością
i filiżanką dobrej, orzeźwiającej herbatki.
SMACZNEGO!
p.s. zaczerpnięte z kalendarza ściennego :) 
 

środa, 17 października 2012

środa, 26 września 2012

Zlot Reumatyków :)

W dniach 14 - 16 września w Białobrzegach odbywał się III Ogólnopolski Zlot Młodych Chorych na Choroby Reumatyczne, zorganizowany przez Ogólnopolskie Stowarzyszenie Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy się razem”.
W dwóch poprzednich niestety nie było dane mi uczestniczyć... Nauczona doświadczeniem, wstrzymywałam się ze zbytnim entuzjazmem i nie cieszyłam się na zapas... Na szczęscie tym razem się udało :)
11 września pojechałam do Jacka, a następnie razem wyruszyliśmy do Warszawy. Już na dworcu spotkaliśmy pierwszych znajomych, a potem pod Salą Kongresową (skąd miał nas zabrać bus) robiło się nas coraz więcej :) 
Z 25 minutowym opóźnieniem wyruszyliśmy do celu tj. do hotelu w Białobrzegach :) A tam: najpierw kolacja, potem integracja przy ognichu. Humory dopisywały więc integrowanie się przebiegało pomyślnie :) Po pewnym czasie przenieśliśmy się do sali i kontynuowaliśmy poznawanie się poprzez wspólne zabawy :) Później część uczestników zmęczona mnogością wrażeń i podrożą poszła do swoich pokoi, a część do jednego z pokoi celem pogaduszek i jeszcze lepszego wzajemnego poznawania się :)
Sobota. Pyszne śniadanko w miłym towarzystwie. Posileni mogliśmy wyruszyć na pierwszy wykład: "Standardy europejskie w reumatologii a polskie realia. Co się już udało, a co jeszcze musimy osiągnąć", prowadzony przez prof. Witolda Tłustochowicza – Konsultanta Krajowego w dziedzinie reumatologii. 
Po krótkiej przerwie kawowej, następny wykład: Jak sobie radzimy w zarządzaniu swoim życiem i swoją chorobą, poprowadzony przez Jacka Santorskiego. Jak dla mnie super. Poniektórzy nie byli zadowolenia, oczekiwali bowiem cudownego przepisu na życie, a takowego jak wiadomo nie ma. Mi się podobało.... bardzo :)
W tym momencie mieliśmy zrobić sobie wspólną fotografię, ale nie wyszło... za mało czasu, za dużo do powiedzenia i zrobienia.
Następnie zostaliśmy podzieleni na grupy, bowiem były trzy wykłady: nt. zesztywniającego zapalenia stawów Kręgosłupa (ZZSK), tocznia rumieniowatego oraz reumatoidalnego zapalenia stawów (RZS) + młodzieńczego idiopatycznego zapalenia stawów (MIZS). Ja z racji mojej przypadłości wybrałam się na ten trzeci, poprowadzony przez dr Ewę Walewską.
Nadszedł czas na obiad, abyśmy nie popadali z wyczerpania ;) A po posiłku kolejne wykłady. Tym razem mowa o tym jak sobie radzić kiedy życie boli... też z podziałem na grupy... mi przypadł poprowadzony przez Jacka Santorskiego i dr Agnieszkę Łukasiewcz.
A po trudach wykładów czas na relaks i rejs po Zalewie Zgrzyńskim. Cudnie bylo :)
Zalew Zegrzyński
R eu o ma n tycy ;)
Po rejsie kolacja i zabawa z DJ. Oj muzyka porwała mnie do tańca :) Na parkiet wyruszyły trzy szczecinianki :) Później przykład wzięła reszta i też ruszyli w tan. Tańczyłam i tańczyłam... Jacek też mi czasem towarzyszył w tańcu :)
Tak się bawią reumatycy :)


Rankiem ledwie się podniosłam z łóżka i obawiałam się, jak też dotrę na śniadanie, ale jakoś dałam radę ;) Po najważniejszym posiłku dnia ostatnie wykłady: "Rola organizacji pozarządowych w procesie kształtowania polityki zdrowotnej", poprowadzony przez Annę Kadzikiewicz. Część uczestników zmęczona zabawą na wykład nie dotarła. Ja ze swoją obowiązkowością nie mogłam nie przyjść... W przerwie wymeldowanie z pokoju, potem obiadek i wyjazd. 
Żal było odjeżdżać, chociaż na dłuższą metę, byłoby to nieco męczące ;) 
Dziękuję organizatorom i wszystkim uczestnikom za świetną atmosferę :) Za humor, optymizm, wieczne uśmiechy na twarzach :)  Za to, ze mogłam brać w tym udział :)
Do odjazdu pociągu mieliśmy sporo czasu, więc odwiedziliśmy jeszcze moją kuzynkę. Około 20 wyruszyliśmy na dworzec i jakieś 2 godzinki później mknęliśmy w kierunku Strzelina.... 
U Jacka pogościłam się jeszcze do piątku i znów w podróż, tym razem do siebie, do mamusi :) .. A tu jak się okazało zaczęli w budynku wymieniać rury, co wiązało się z czasowym brakiem wody, remont dachu.... :)
A na drugi dzień kolejne atrakcje, ale to temat na kolejną notkę :)