poniedziałek, 5 stycznia 2009

podsumowanie

Postanowiłam napisać notkę podsumowującą mijający rok… Wydarzyło się mnóstwo rzeczy, ale z braku czasu, o wielu z nich nie pisałam, choć chciałam… O niektórych tylko wspomnę, w inne bardziej się zagłębię, ale wszystkie one miały mniejszy lub większy wpływ na moje życie, odczucia, emocje…

STYCZEŃ:

Pobyt w szpitalu, na oddziale rehabilitacyjny. Trafiłam tam na świetnych rehabilitantów, którzy „zarazili” mnie swoim zapałem i nabrałam chęci do codziennej rehabilitacji. Przyznaję, że ostatnio trochę sobie odpuściłam, ale cały rok solidnie ćwiczyłam. Ufam, że w 2009 roku, zapał wstąpi we mnie na nowo ;)

LUTY:

Niestety, smutne wydarzenie. Odszedł siostrzeniec mojego szwagra… młody człowiek [*] :( 

MARZEC:

28-30. III. 2008 - uczestniczyłam w warsztatach w Miedzeszynie. To moje trzecie warsztaty tego typu i nie przyjęłam ich tak emocjonalnie, jak wtedy, gdy jechałam po raz pierwszy… Jednak, to zawsze okazja, do spotkania starych znajomych, nawiązania nowych znajomości i zdobycia nowej wiedzy… Zawsze się cieszę na te wyjazdy.

Po zakończonych warsztatach odbyło się Zebranie Założycielskie Stowarzyszenia „3majmy się razem”. Kandydowałam do Zarządu i zostałam wybrana… fakt, faktem, że nie było wielu chętnych do kandydowania;)  Po zebraniu, część towarzyska - zlot młodych chorych reumatycznie. Wesołe pogawędki przy ciachu i kawce :)

KWIECIEŃ:

05.04.2008 – odbyło się spotkanie klasowe, z dziewczynami z liceum :) Miło było pogadać, powspominać…

23.04.2008 – w skrzynce pocztowej czekała na mnie przesyła z NFZ-u. Skierowanie do sanatorium… do Polanicy. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wywrze to na mnie taki wpływ, myślałam, że szykuje się pobyt jak wszystkie inne.  Ucieszył mnie jedynie fakt, że wyjazd NIE wypadł w maju. Dlaczego? O tym napiszę poniżej;)

MAJ:

Cieszyłam się, że wyjazd nie wypadł w maju, po pierwsze dlatego, że:

04.05.2008 -  odbyła się I Komunia Święta Weroniki.  Chyba nie trzeba wyjaśniać, że to ważne wydarzenie :D

06.05.2008 – spotkanie klasowe z ludźmi z podstawówki. Ważne z tego względu, że zostałam zapamiętana… miło mi było, że mimo krótkotrwałego* uczęszczania do szkoły, zostawiłam jakiś ślad w pamięci :D

*krótkotrwałego z powodu sanatorium – szersze wyjaśnienie w opisie zjazdu-niżej

10.05.2008 – byłam świadkiem pożaru :( Zrobiliśmy sobie rodzinne grillowanie w ogródku u cioci. Słoneczko przygrzewa, opalanie, żarty… nagle sąsiadka, mieszkająca piętro wyżej, krzyczy z okna, żeby wezwać straż pożarną, bo się pali. Ogień strasznie szybko się rozprzestrzeniał, czarny dym znosiło na ogródek, trudno było oddychać. Straż przyjechała szybko, ale nie udało się uratować budynku… Staliśmy i patrzyliśmy jak płonie…
Ciocia z wujkiem stracili mieszkanie… żal. To było miejsce spotkań rodzinnych. Dochodziło do nich częściej, kiedy żyli dziadkowie, ale nawet teraz, w tym zabieganym świecie, jeśli udało się spotkać w szerszym gronie… to właśnie tam…  To było straszne przeżycie… do tej pory zapach dymu, wywołuje u mnie strach...

A po drugie dlatego, że:

22-25.05.2008 - odbył się ZJAZD byłych kuracjuszy cieplickiego sanatorium „Małgosia”. Na ten zjazd czekałam od momentu, kiedy byłam tam po raz ostatni, tj. od lipca 1997 roku.  Po raz pierwszy pojechałam tam w czwartej klasie szkoły podstawowej, potem w piątej, siódmej, ósmej…  a kiedy byłam już w liceum, to jeździłam, chociaż na wakacje. Mój najdłuższy pobyt trwał 12 miesięcy z przerwą jedynie na Boże Narodzenie… swego czasu, to był mój drugi dom. Nie tylko mój, wielu z nas tak traktowało „Małgosię”. Dlatego, kiedy na forum naszej - klasy, ktoś rzucił hasło ZJAZD, wszyscy zgodzili się z entuzjazmem :D

Cudownie było tam wrócić…  śmiechy, nieustająca gadanina;) łzy wzruszenia, uściski, okrzyki… Dzień pierwszy spędzony we wspólnym gronie - w bursie - gdzie się zatrzymaliśmy.  Drugiego pojechaliśmy spotkać się z personelem, który przybył bardzo licznie: panie doktor, pielęgniarki, wychowawcy, rehabilitanci, nauczyciele. Cudownie było ich znowu zobaczyć, to jak spotkanie rodzinne ;) Wspólne odśpiewanie piosenek, poczęstunek w Sali Purpurowej, gdzie odbywały się lekcje muzyki. Zwiedzanie… Podziwialiśmy nowy łącznik, windę, sale gimnastyczne, zaglądaliśmy do sal chorych, a nawet do łazienek;) Odwiedziliśmy też szkołę, gdzie wszystko wygląda teraz zupełnie inaczej. Ogród, miejsce zabaw... huśtawki, drabinki… tutaj bez zmian, jak dawniej. Wszystko, co dobre szybko się kończy, tak jak i nasze spotkanie… Żal było odjeżdżać…

O naszym zjeździe dowiedziała się miejscowa gazeta, napisała artykuł… Gdyby, ktoś był ciekaw, to jest tu: http://www.jelonka.com/news,single,init,article,15169

Kiedy go czytałam po powrocie do domu, głos mi się łamał, obraz zamazywał…
Ten zjazd był mi potrzebny, w pewien sposób zamknął ten dział mojego życia…
Aaa jeszcze jedno. Po zjeździe spotkałam się z koleżanką - Iwoną, która mieszka w tamtych okolicach. Z racji odległości, jaka nas dzieli, nie widujemy się zbyt często, dlatego fajnie było się spotkać :)

CZERWIEC:

25.06.2008 – jednodniowy wypad nad morze. Iwona przebywała na turnusie rehabilitacyjnym w Świnoujściu, dlatego trafiła się okazja do ponownego spotkania. Pojechałam z Kingą i przeżyłyśmy bardzo intensywny dzień.

14.06.2008 - dotarła do mnie informacja, że nasze Stowarzyszenie zostało nareszcie zarejestrowane!!! <toast>

LIPIEC:

07.07.2008 – narodziny Alicji, mojej ciotecznej wnusi :D Kochanego Maleństwa :D 

07.07.2008 – pogrzeb wujka :(

SIERPIEŃ:

15.08.2008 – rodzinny wyjazd do Warszawy, bo 16.08. odbył się ślub kuzynki J Przy okazji pobytu w Warszawie 17.08. uczestniczyłam w zebraniu Stowarzyszenia. Była sposobność, do omówienia działalności stowarzyszeniowej i spotkania znajomych.

WRZESIEŃ:

01.09.2008 – wyjazd do sanatorium, do Polanicy. 3 cudowne tygodnie. 3 tygodnie śmiechu. 3 tygodnie wrażeń. Żałuję, że euforia ‘posanatoryjna’ minęła, tak fajnie mnie nakręcała J Pamiętam, że wyjeżdżałam z Polanicy z uśmiechem na ustach.
Miałam okazję zwiedzić miasto stu wież- Pragę. To mój pierwszy zagraniczny wojaż :D Te 3 tygodnie zmieniło moje spojrzenie na niektóre sprawy, zmieniło mnie wewnętrznie…

PAŹDZIERNIK:

01.10.2008 – wyjazd do stolicy, w celu uczestniczenia w Zjeździe Polskiego Towarzystwa Reumatologicznego. Z dworce odebrał mnie T. poznany w Polanicy, który źle znosił powrót do szarej rzeczywistości.  Zajechałam na drugi dzień Zjazdu. To dla mnie nowe doświadczenie. Interesujące wykłady, zdobycie materiałów, zarówno dla siebie jak i do rozpropagowania wśród chorych, którzy nie mogli przybyć. Intensywne 3 dni. Zatrzymałam się u koleżanki i razem dojeżdżałyśmy na sesje.  Na Zjeździe była okazja do spotkania znajomych. Dwie osoby ze Stowarzyszenia ‘3majmy się razem’ brały czynny udział - mówiły o naszej działalności :D

Po zjeździe zostałam w Warszawie czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Oczekiwanie wypełniłam wizytą u rodziny, spotkaniem z T. i spacerami po osiedlu :) Wyczekiwanym wydarzeniem była kampania społeczna pod hasłem ”Chwytaj każdy dzień”.  Miała ona na celu szerzenie wiedzy na temat reumatoidalnego zapalenia stawów. Dzień przed wydarzeniem przeniosłam się do hotelu. Nocleg, zasponsorowała firma, która była głównym organizatorem całej aukcji. Współorganizatorami było - nie chwaląc się ;)  Stowarzyszenie ‘3majmy się razem’ oraz Stowarzyszenie Reumatyków i Ich Sympatyków. W hotelu nie czułam się za dobrze, dopadła mnie chandra. Gdybym miała jakieś towarzystwo, pewnie czułabym się pewniej ;) ale ta cała ‘sztywna’ otoczka, to nie dla mnie :] Co ciekawe numer mojego pokoju, był datą moich urodzin :D 09.10.2008; odbyła się konferencja nt. RZS i happening, w którym uczestniczyłam. Mój udział polegał na malowaniu drewnianego modelu dłoni - która jest symbolem chorób reumatycznych, albowiem to na niej, najwyraźniej widać skutki choroby. Całkiem ciekawe doświadczenie… Po całej imprezie, pojechałam do rodzinki, a potem o godzinie 21: 50 odjazd do Szczecina. Ośmiodniowy pobyt w stolicy dobiegł końca.

LISTOPAD:

Najpierw krótki wstęp.

Stowarzyszeniowy Zarząd, podczas rozmów i ustalania planów działania, uznał że być może, w przyszłości uda się rozszerzyć działalność Stowarzyszenia poza granice kraju. Przydałaby się wtedy znajomość języków obcych. Dwie osoby z Zarządu umiejętność posługiwania się językiem angielskim posiadają, uznaliśmy, że przydałaby się jeszcze trzecia. Zostałam wytypowana, do podjęcia nauki :D Środki finansowe przeznaczono na ten cel, z kasy Stowarzyszenia. Z tego miejsca, jeszcze raz bardzo dziękuje, za tą możliwość <cmok> To było moje marzenie :)

01.11.2008 – coś koło 23, dostałam od koleżanki informację, że na konto Stowarzyszeni wpłynęła darowizna, na którą czekaliśmy i że mam się zapisać na angielski, czym prędzej ;)

03.11.2008 – skierowałam swe kroki do szkoły i podpisałam umowę.

04.11.2008 -  pierwsza lekcja! Byłam nieco zestresowana, bonie mam łatwości przyswajania języków obcych i nie wiedziałam jak sobie poradzę. Jakby tego było mało, na trasie do szkoły natknęłam się na płonący samochód, co zestresowało mnie jeszcze bardziej. Zmieniłam kierunek i ledwo trochę odeszłam, a dało się słyszeć odgłos wybuchu 8O Trzęsąc się, ale jakoś dotarłam, przeżyłam i nie jest tak źle jak myślałam (przynajmniej na razie).

10.11. 2008 – spotkanie klasowe z dziewczynami z liceum.

21-23.11.2008 – warsztaty. Po raz pierwszy zorganizowane w Sopocie. Po raz pierwszy byłam nad morzem w zimie. No może jeszcze nie zimie, ale aura była typowo zimowa, spadł nawet śnieg. Na warsztatach niema specjalnie czasu na spacery, ale poszłam z koleżanką do apteki i mogłam zobaczyć jak śnieg cudownie skrzył w słońcu… piękny widok :D W Sopocie zgubiłam futerał i baterie od aparatu :] Może to znaczy, ze jeszcze tam wrócę ;)

GRUDZIEŃ:

11.12.2008 – wracam z angielskiego. Tego dnia miałam testy, zadowolona, bo nieźle mi poszło. Widzę, że coś się stało.  Zmarła moja ciocia :( 
Zawsze, kiedy szykowało się jakieś wydarzenie, w którym chciała uczestniczyć, mówiła: „Jak Bóg da i zdrowie pozwoli”. Szkoda, że nie dał Jej jeszcze trochę czasu… [*]

17.12.2008 – pogrzeb :( 

Ponadto w ciągu roku miały miejsce wydarzenia, które ciężko umiejscowić w czasie.

Uczestniczyłam kilkakrotnie w warsztatach, organizowanych przez Stowarzyszenie POLITES. Udało mi się dowiedzieć, co nieco.

Były zlicytowane na rzecz Stowarzyszenia moje obrazy, cieszyłam się, że wszystkie znalazły nabywców ;)

Podjęte dobre i złe decyzje. Ten rok, jak chyba żaden wcześniejszy, obfitował w emocje, wrażenia, odczucia… radości i smutki, tęsknoty i zaspokojone pragnienia, spełnione marzenia, oczekiwania.

Udało mi się pokonać pewne bariery,  zmieniłam się wewnętrznie.
Nie będę pisać czy ten rok był zły czy dobry…  zależy, pod jakim względem…
Zobaczymy co przyniesie nowy…

Tym, którzy doczytali do końca, gratuluję wytrwałości.

Wszystkim życzę: wielu sukcesów, odważnych marzeń, mądrych decyzji, satysfakcji, spokoju, zdrowia i pomyślności w całym 2009 roku!

poniedziałek, 22 grudnia 2008

ŻYCZENIA

Z okazji Bożego Narodzenia życzę:
Pogodnych, zimowych Świąt,
wypełnionych kolędą,
śmiechem i wspomnieniami.
Odpoczynku, zwolnienia oddechu,
nabrania dystansu do tego co wokół,

 zadumy nad płomieniem świecy,
Świąt dających radość                        

oraz nadzieję na Nowy 2009 Rok,
żeby był lepszy niż ten, co właśnie mija.
Dla wszystkich Czytelników
Z pozdrowieniami...c.Ela

środa, 10 grudnia 2008

aukcja

Witajcie!

Jak wiecie udzielam się w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy Się Razem. Należy do niego też Aneta Musiałek, która od 15 lat porusza się na wózku. Przeszła szereg operacji i teraz ma szanse na chodzenie, ale potrzebne są jej do tego specjalistyczne ortezy – stabilizatory stawów kolanowych. Kosztują12 400 zł. Dofinansowanie z NFZ i PCPR , nie pokrywa łącznie nawet połowy wartości. Trochę już uzbieraliśmy, ale do końca zostało jeszcze ok. 5000zł. Stowarzyszenie zorganizowało internetową aukcję charytatywną:

http://www.allegro.pl/my_page.php?uid=6894562


Zachęcam do zaglądania na aukcję i przekazania informacji o niej szerszemu gronu.
A nuż ktoś znajdzie coś na prezent dla bliskiej osoby i pomoże w spełnieniu marzenia :D

środa, 3 grudnia 2008

Polanica c.d.

Wybaczcie kolejną długą przerwę w pisaniu… ale ostatnio tak dużo się dzieje.

Ciąg dalszy opowieści:

Prawdę mówiąc nie pamiętam, czego dotyczyła pierwsza rozmowa, ale pamiętam, że bardzo się śmiałam. Sytuacja powtórzyła się przy obiedzie. Potem poszłyśmy z J. na spacer, gdzieś potkałyśmy pana T. Jadł gofra i był umorusany dżemem ;) Zwierzył się nam, że już nie będzie mógł sobie pozwolić, na taką przyjemność, bo w „jaskini hazardu” przegrał pieniądze.. J. zaoferowała się w naszym imieniu, że postawimy mu gofra i lody, na co przystał z ochotą, po czym kazał mówić sobie po imieniu. Początkowo było mi niezręcznie, ale kiedy raz przez zapomnienie powiedziałam do niego per pan,  i usłyszałam groźbę :”jeszcze raz i cię strzelę”, a potem zwróciłam się bezosobowo i usłyszałam, że zrobi mi coś złego, wolałam nie ryzykować ;)

W końcu poszliśmy na umówione lody i gofra , bo się upominał.

Kiedy chodziliśmy po Polanicy nasza trójka wzbudzała powszechną uwagę swoimi gromkimi wybuchami śmiechu. Niestety, kiedy coś mnie bardzo rozśmiesza nie potrafię nad tym zapanować. Podczas rozmowy okazało się, że T. jest osobą publiczną, w latach 85 – 95, prowadził popularny program dla dzieci i młodzieży. My go nie rozpoznałyśmy.  J. miała ze sobą laptopa i sprawdzałyśmy prawdziwość tej informacji w Internecie. Okazało się, że mówił prawdę ;) Kiedy później T. korzystał z komputera J. i zobaczył, że szukałyśmy w Internecie jego danych, dostałyśmy miano „grzebaczek internetowych”;) Ja sama też dostałam parę ksywek, w kolejności: Elizabeth, Mała, Maluch, Kulka i Kluska. Ta ostatnia przyjęła się najbardziej i tak już zostało :)

Moją wadą było to, że spóźniałam się na wszystkie śniadania (nie zdążałam się wyrobić) i obiady (z winy zabiegów). Pewnego dnia spóźniłam się znacznie, więc darowałam sobie jedzenie zupy i od razu wzięłam się za jedzenie II dania.  T. stwierdził, że jestem niedożywiona i kazał mi zjeść marchewkę, która była na oddzielnym talerzu. Na co ja stwierdziłam, że zjem, ale zaraz. On kilkakrotnie kazał mi zjeść, a ja kilkakrotnie odpowiadałam, że zaraz. W końcu powiedział, że skoro chcę aferę, to nie ma sprawy i krzyknął na całą stołówkę: „ jedz marchewkę!!!”  Wszystkie spojrzenia skierowały się w naszą stronę, a ja o mało nie wylądowałam pod stołem ze śmiechu. Później, kiedy spacerowaliśmy po Polanicy,  dobiegały mnie okrzyki :„jedz marchewkę!”

Innym razem miałam straszną chęć na tańce. Wybraliśmy się we czwórkę: ja, J., T. i H.. Nie wiem czy to klimat, czy odpowiednie towarzystwo, ale nieźle się bawiłam ;) Czasami robili przerwy w graniu, a kiedy zaczynali grać ja pierwsza zrywałam się do tańca, wywijając z chustką na parkiecie.

Skorzystałam też z okazji i pojechałam na wycieczkę do Pragi. Praga jest cudna, szkoda tylko, że tak szybko przemykaliśmy przez miasto.  Mimo całodniowej gonitwy, nie odchorowałam tego i do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu…

Chyba zakończę już ten wątek polanicki. Działo się dużo, bardzo dużo, nie sposób o wszystkim napisać, a poza tym nie wszystko nadaje się do upublicznienia… ;) Co ciekawsze wątki zostawię dla siebie ;)

czwartek, 25 września 2008

wróciłam

To niesamowite, że w przeciągu zaledwie 3 tygodni można przeżyć tak wiele emocji, wrażeń... że można śmiać się tak wiele...

To niesamowite, że w jednej krótkiej chwili, nastrój może się zmienić tak diametralnie, z euforii, w totalny dołek... Ale pozostanę przy tej pierwszej części, o emocjach i wrażeniach pozytywnych, nie na tym co teraz...

1 września pojechałam do szpitala uzdrowiskowego -> pot. sanatorium. Ośrodek "Wielka Pieniawa", w którym przebywałam znajduje się w urokliwej, przecudnej miejscowości Polanica Zdrój.

Dnia pierwszego spiknęłam się z panią J. (od razu przeszłyśmy na "ty", więc od teraz będę się posługiwać skrótem J. ) i od tej pory byłyśmy niemal nierozłączne... dobrze nam się gadało i wspólnie spędzało czas. Również dnia pierwszego na swej drodze spotkałam pana T., który wydał mi się zagubionym, zupełnie niezorientowanym w niczym ponurakiem. Zostałam z nim posadzona, przy jednym stoliku na stołówce. Również dnia pierwszego natknęłam się na panią H.- współlokatorkę J. Najpóźniej, bo w okolicach godziny 23, spotkałam swoją współlokatorkę, z którą niemal cały turnus się mijałyśmy...

Na posiłkach zerkałam na stolik J., przy którym panowała radosna atmosfera, rozmowy, wybuchy śmiechu... a przy moim, grobowy nastrój, p. T ograniczał się do przywitania, po czym spożywał posiłek, wysyłając w międzyczasie sms-y, pani I.,która również siedziała przy moim stoliku, dnia pierwszego wygłosiła zdanie: " jaki gwar, po co to rozmawiać przy jedzeniu", trzeci współtowarzysz, pan M. próbował co nieco przebąkiwać, ja z ochotą się przyłączałam, ale ogólny klimat jakoś nie sprzyjał pogawędkom. 

Aż tu dnia, chyba trzeciego, na śniadaniu ponury pan T. zaczął ze mną rozmawiać i to w zabawnym tonie.. Na koniec posiłku dołączyła do nas J., która skończywszy jeść, usiadła na miejscu pana M. i rozmowa zaczęła się rozkręcać...

hmmm... nie będę opisywać całego turnusu, jednak jakieś małe wycinki z sanatoryjnego życia umieszczę, dlatego też ciąg dalszy nastąpi.... dziś weny, sił i chęci brak na dalsze pisanie.

niedziela, 31 sierpnia 2008

...

Oj strasznie zaniedbałam blog... eh co zrobić, taki charakter...  I czas tak szybko płynie... A zajęć dużo...

Teraz przez co najmniej 3 tygodnie nie pojawi się nowa notka, bo wyjeżdżam. Jednak po powrocie postaram się choć trochę nadrobić zaległości. 

Pozdrowienia dla Czytelników...

piątek, 1 sierpnia 2008

prośba...

Ostatnio tak wiele się dzieje, ale ograniczę się do opisania jednej ważnej sprawy. Resztę napiszę innym razem.

Zwracam się do Czytelników bloga o pomoc dla mojej przyjaciółki...

Może najpierw krótko opiszę historię naszej znajomości... 
Z Anetą poznałyśmy się jakieś 18 lat temu, w sanatorium "Małgosia" w Cieplicach. Ona była wtedy uczennicą II klasy, ja V. Spędziłyśmy razem parę miesięcy w jednej sali. Aneta już wtedy miała trudności z poruszaniem się, ale dawała sobie radę.

 
To cieplicka zabawa w "Małgosi". Anetę zaznaczyłam na czerwono, siebie na zielono.
  
Później nasz kontakt się urwał, ale dzięki cudownemu wynalazkowi jakim jest Internet, odnalazłyśmy się po latach. Znajomość odżyła na nowo, udzielamy się razem w Stowarzyszeniu "3majmy się razem", spotykamy się.  

  My :)
 Jeśli ktoś może pomóc Anecie, to bardzo Was o to proszę i dziękuje za wszelkie wpłaty!